Yuval Noah Harari – wizjoner epoki danych czy autor niebezpiecznych uproszczeń?

A+A-
Zresetuj

Yuval Noah Harari stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych intelektualistów XXI wieku nie dlatego, że odkrył nieznany fakt historyczny albo stworzył nową szkołę filozoficzną. Jego siła leży gdzie indziej. Potrafi opowiadać o ogromnych procesach — ewolucji człowieka, powstawaniu państw, religii, kapitalizmu, danych i sztucznej inteligencji — w sposób prosty, sugestywny i pozornie spójny.

To właśnie ta umiejętność wyniosła go z pozycji historyka średniowiecza do roli globalnego komentatora przyszłości. Jego książki sprzedały się w dziesiątkach milionów egzemplarzy, a sam autor regularnie występuje na najważniejszych forach politycznych i technologicznych, od konferencji biznesowych po Światowe Forum Ekonomiczne w Davos.

Harari nie jest jednak ciekawy wyłącznie jako fenomen wydawniczy. Jest ważny dlatego, że jego sposób opowiadania o człowieku i technologii coraz mocniej przenika do debaty publicznej. Mówi o świecie, w którym dane pozwalają przewidywać decyzje, sztuczna inteligencja zmienia strukturę władzy, a ludzka autonomia może stać się bardziej krucha, niż zakładaliśmy.

W wielu punktach są to ostrzeżenia trafne. Problem zaczyna się tam, gdzie Harari z obserwatora przemian staje się architektem bardzo szerokiej wizji człowieka — wizji efektownej, ale nie zawsze wystarczająco precyzyjnej. Jego książki i wystąpienia prowokują więc dwa równoległe pytania: czy Harari pomaga zrozumieć epokę danych, czy raczej nadaje jej zbyt łatwą, nadmiernie uporządkowaną narrację?

Od „Sapiens” do globalnego komentatora przyszłości

Międzynarodowa kariera Harariego zaczęła się od książki Sapiens. Od zwierząt do bogów, wydanej po hebrajsku w 2011 roku, a następnie przełożonej na kolejne języki. Autor opowiedział w niej historię człowieka w skali niezwykle szerokiej: od rewolucji poznawczej, przez rolnictwo i imperia, po kapitalizm, naukę i nowoczesność.

Książka nie była klasyczną akademicką syntezą historii. Jej siła polegała na czymś innym — na odważnym zszyciu wielu dziedzin w jedną narrację. Harari pokazywał, że ludzie potrafią współpracować na ogromną skalę dzięki wspólnym wyobrażeniom: religiom, pieniądzom, państwom, prawom, korporacjom i ideologiom. W jego ujęciu te konstrukcje nie są „fałszywe” w prostym sensie, ale istnieją dlatego, że miliony ludzi uznają je za realne i działają tak, jakby nimi były.

To był pomysł intelektualnie chwytliwy. Pozwalał spojrzeć na porządek społeczny z dystansu, a jednocześnie dawał czytelnikowi poczucie, że skomplikowany świat można wreszcie zobaczyć jako całość.

W Homo Deus Harari przesunął uwagę z przeszłości ku przyszłości. Zapytał, co może się stać, gdy ludzkość zacznie traktować głód, choroby i wojny nie jako nieuniknione fatum, lecz jako problemy techniczne do ograniczenia. Wprowadził tam między innymi pojęcia techno-humanizmu i dataizmu, opisując możliwy świat, w którym centralną kategorią staje się przepływ danych, a wartość człowieka coraz częściej mierzy się jego użytecznością dla systemu informacyjnego.

21 lekcji na XXI wiek przeniosło jego refleksję jeszcze bliżej bieżącej polityki, globalizacji, wojny informacyjnej i kryzysu demokracji. Z kolei Nexus, wydany w 2024 roku, koncentruje się na historii sieci informacyjnych — od starożytnych mitów po sztuczną inteligencję — i stawia pytanie, czy technologie informacyjne rzeczywiście przybliżają człowieka do prawdy, czy raczej mogą tworzyć nowe, znacznie potężniejsze systemy iluzji.

W ciągu kilkunastu lat Harari przestał być tylko autorem bestsellerów historycznych. Stał się jedną z twarzy debaty o tym, jak technologia może zmienić człowieka, demokrację i strukturę władzy.

Dlaczego jego głos stał się tak wpływowy

Harari mówi językiem, który trafia do szerokiej publiczności, ale jednocześnie dobrze funkcjonuje w obiegu elit politycznych, technologicznych i biznesowych. Nie skupia się na drobnych sporach regulacyjnych ani na jednej branży. Opowiada o wielkich pytaniach:

  • co stanie się z pracą w epoce automatyzacji,
  • czy algorytmy będą znały człowieka lepiej niż on sam,
  • czy demokracja przetrwa świat masowej manipulacji informacyjnej,
  • czy sztuczna inteligencja będzie tylko narzędziem, czy zacznie samodzielnie kształtować kulturę,
  • czy człowiek pozostanie podmiotem historii, czy stanie się obiektem zarządzania.

To są pytania o ogromnej sile przyciągania. Dają poczucie, że rozmawiamy nie o kolejnej technologicznej modzie, lecz o zmianie cywilizacyjnej.

Harari dobrze wyczuł również moment historyczny. Kiedy ukazywało się Homo Deus, wielkie platformy cyfrowe już gromadziły olbrzymie zbiory danych, lecz publiczna debata dopiero zaczynała rozumieć polityczne skutki tej koncentracji. Gdy wydał Nexus, świat mierzył się już z generatywną AI, automatyzacją komunikacji, deepfake’ami, botami i realnym pytaniem o to, czy systemy sztucznej inteligencji mogą masowo wpływać na społeczne postrzeganie rzeczywistości.

Wystąpienia Harariego w Davos w 2018, 2020 i 2026 roku dobrze pokazują jego pozycję. Nie jest technologicznym ekspertem od modeli językowych ani inżynierem budującym systemy AI. Jego rola polega na tworzeniu narracji o znaczeniu tych technologii dla człowieka i instytucji. To właśnie dlatego słuchają go politycy, prezesi firm i organizatorzy globalnych debat.

Najmocniejsza część Harariego: ostrzeżenie przed koncentracją danych

Jedna z najważniejszych tez Harariego dotyczy danych. Autor od lat przekonuje, że prawdziwa zmiana polityczna może dokonać się wtedy, gdy państwa albo korporacje zaczną wiedzieć o człowieku więcej, niż on sam potrafi o sobie świadomie opowiedzieć.

Nie chodzi wyłącznie o to, że ktoś zna historię zakupów, polubienia w mediach społecznościowych czy wyszukiwane hasła. W ujęciu Harariego znacznie większe znaczenie ma połączenie:

  • danych behawioralnych,
  • danych biometrycznych,
  • systemów przewidywania decyzji,
  • algorytmów optymalizujących przekaz pod konkretnego odbiorcę,
  • rosnącej zdolności AI do prowadzenia perswazyjnej komunikacji.

Jeżeli te warstwy zostaną połączone, człowiek może być nie tyle obserwowany, ile coraz skuteczniej profilowany, przewidywany i ukierunkowywany. Harari mówił o tym jeszcze zanim eksplozja modeli generatywnych sprawiła, że automatyczna produkcja komunikatów stała się powszechnie widoczna.

Tu jego intuicja była celna. Współczesna walka o władzę nie dotyczy wyłącznie kontroli terytorium, surowców czy infrastruktury wojskowej. Coraz częściej dotyczy także kontroli nad obiegiem informacji, architekturą uwagi i zdolnością wpływania na decyzje ludzi bez jawnego przymusu.

Harari trafnie zauważa, że technologia nie musi wyglądać jak klasyczna tyrania, aby ograniczać wolność. Wystarczy, że stworzy system, w którym:

  • wybory są przewidywane przed podjęciem,
  • emocje są modelowane i wzmacniane,
  • uwaga jest stale przechwytywana,
  • jednostka ma poczucie spontaniczności, choć porusza się po środowisku zaprojektowanym tak, by zwiększać prawdopodobieństwo konkretnych reakcji.

To jest jedna z najbardziej wartościowych części jego myślenia. Harari nie sprowadza problemu technologii do prostego lęku przed robotami odbierającymi pracę. Zwraca uwagę, że stawką może być zdolność człowieka do samodzielnego kształtowania własnych opinii i pragnień.

„Hackowalny człowiek” jako ostrzeżenie, nie program polityczny

Jednym z najbardziej znanych i jednocześnie najbardziej kontrowersyjnych pojęć Harariego jest wizja człowieka „hackowalnego”. W uproszczeniu chodzi o tezę, że jeżeli organizmy są systemami biologicznymi, a decyzje człowieka powstają w wyniku procesów neurobiologicznych, to zaawansowana technologia — dysponująca odpowiednimi danymi — może coraz lepiej przewidywać ludzkie zachowania.

To sformułowanie bywa przedstawiane tak, jakby Harari cieszył się z nadejścia epoki totalnej kontroli. Taka interpretacja jest nieuczciwa. W swoich materiałach wyjaśnia, że pojęcia w rodzaju „hackowania ludzi” czy „klasy bezużytecznej” stosował celowo prowokacyjnie, aby ostrzec przed możliwymi skutkami technologicznej rewolucji, a nie po to, by opisywane procesy afirmować.

Nie oznacza to jednak, że problem znika. Nawet jeśli intencją Harariego jest ostrzeżenie, jego język ma określone konsekwencje. Kiedy człowiek zostaje opisywany przede wszystkim jako system biologiczny podlegający analizie, pojawia się ryzyko, że sama forma opisu zaczyna osłabiać znaczenie:

  • wolnej woli,
  • godności osoby,
  • nieprzewidywalności ludzkiego wyboru,
  • moralnej odpowiedzialności,
  • sfery życia, której nie da się sensownie zamknąć w danych.

Tu zaczyna się zasadniczy spór. Harari może mieć rację, że technologia będzie potrafiła coraz skuteczniej rozpoznawać wzorce ludzkich reakcji. Nie wynika z tego jednak automatycznie, że człowieka należy opisywać przede wszystkim w kategoriach mechanizmu informacyjnego. To przejście nie jest neutralne. Ma własne filozoficzne założenia.

Redukcjonistyczna wizja człowieka

Najpoważniejszy zarzut wobec Harariego nie dotyczy pojedynczego zdania ani jednego kontrowersyjnego wystąpienia. Dotyczy samego sposobu, w jaki buduje on obraz człowieka.

W jego książkach ludzie są często przedstawiani jako organizmy, które tworzą fikcje, przetwarzają informacje, reagują na bodźce i uczestniczą w wielkich systemach współpracy. Ten model pozwala uchwycić wiele zjawisk społecznych, ale ma też wyraźną cenę. Łatwo spycha na margines to, co trudniej wymierzyć: doświadczenie wewnętrzne, sens, transcendencję, sumienie, odpowiedzialność moralną, zdolność do sprzeciwu wobec własnych impulsów.

Harari nie twierdzi wprost, że te elementy nie istnieją. Jednak jego podstawowy język opisu sprawia, że pełnią one rolę słabszą niż dane, algorytmy, systemy i przepływy informacji. Człowiek staje się w tej narracji coraz częściej punktem w sieci procesów, a coraz rzadziej kimś, kogo nie da się bez reszty sprowadzić do funkcji biologicznych i społecznych.

To właśnie dlatego jego diagnozy tak dobrze pasują do epoki technologicznej. Świat platform, predykcji i personalizacji chętnie przyjmuje język, w którym człowieka można opisać jako zestaw preferencji, nawyków, reakcji i prawdopodobieństw. Harari często przed tym ostrzega, ale równocześnie sam korzysta z takiego aparatu pojęciowego.

Powstaje paradoks. Autor krytykuje nadchodzący porządek zarządzania ludźmi za pomocą danych, lecz jego antropologia bywa zaskakująco kompatybilna z logiką tego porządku.

„Klasa bezużyteczna” i pułapka zimnego języka

Podobnie działa pojęcie „klasy bezużytecznej”. Harari używa go jako ostrzeżenia przed scenariuszem, w którym automatyzacja i sztuczna inteligencja wypchną część ludzi z rynku pracy, pozbawiając ich nie tylko dochodu, lecz także społecznej roli i poczucia sensu.

Sam problem jest realny. Każda wielka zmiana technologiczna przestawia rynek pracy, a AI może wywołać napięcia trudniejsze do opanowania niż wcześniejsze fale automatyzacji. Harari słusznie zwraca uwagę, że nie wystarczy powiedzieć ludziom, by „nauczyli się nowych kompetencji”, jeśli nie wiemy, jak szybko będzie zmieniał się sam katalog kompetencji potrzebnych gospodarce.

A jednak określenie „bezużyteczni” pozostaje niebezpieczne. Nawet jeśli jego funkcją ma być wstrząs retoryczny, słowo to mimowolnie przyjmuje perspektywę systemu gospodarczego, który ocenia człowieka według jego przydatności. Harari chce ostrzec przed takim światem, ale wybiera język, który chwilami brzmi tak, jakby już zaakceptował jego podstawowe kryteria.

To istotna różnica. Można powiedzieć: „system może uznać część ludzi za ekonomicznie zbędnych”. Można też powiedzieć: „powstanie klasa bezużyteczna”. Drugie sformułowanie jest mocniejsze, ale zarazem bardziej bezlitosne. Przesuwa akcent z krytyki systemu na definicję ludzi.

Właśnie tu widać charakterystyczną cechę Harariego: jego publicystyka zyskuje siłę dzięki radykalnym skrótom, lecz te same skróty potrafią później zaciemniać sens debaty.

Dataizm: opis zagrożenia czy sugestia nieuchronnego kierunku?

W Homo Deus Harari opisuje dataizm jako możliwą ideologię przyszłości. W tym ujęciu najwyższą wartością staje się swobodny przepływ danych, a człowiek jest jednym z wielu elementów wielkiego systemu przetwarzania informacji.

Autor nie przedstawia dataizmu w prosty sposób jako własnego programu. Raczej analizuje go jako potencjalną konsekwencję rozwoju biologii, informatyki i gospodarki cyfrowej. Problem polega na tym, że styl Harariego często zaciera granicę między:

  • opisem możliwości,
  • ostrzeżeniem,
  • prognozą,
  • filozoficznym eksperymentem,
  • a obrazem historii, która jakby sama zmierza w tym kierunku.

To jest jedna z najważniejszych słabości jego narracji. Harari potrafi pisać o możliwych scenariuszach z taką siłą, że odbiorca może zacząć traktować je jak kierunek niemal przesądzony. Tymczasem technologia nie rozwija się poza polityką, kulturą i prawem. Jej skutki zależą od instytucji, konfliktów społecznych, decyzji regulacyjnych i oporu ludzi, a nie tylko od logiki innowacji.

Jeżeli dataizm zostaje opisany jako nowa „religia danych”, to warto dodać, że żadna religia, ideologia ani porządek społeczny nie pojawia się po prostu dlatego, że jest technologicznie możliwy. Potrzebuje interesów, grup wpływu, instytucji i akceptacji społecznej. U Harariego ten poziom politycznej konkretności bywa zbyt słabo rozwinięty.

Wielkie syntezy mają cenę

Harari jest znakomitym autorem wielkich syntez. To jego największa siła i zarazem źródło najsilniejszej krytyki. Przesuwa się swobodnie od paleolitu do Doliny Krzemowej, od religii do algorytmów, od imperiów do modeli językowych. Czytelnik dostaje poczucie, że patrzy na cały łuk dziejów z jednego punktu obserwacyjnego.

Taki sposób pisania jest atrakcyjny, ale nie może być równie precyzyjny jak praca wyspecjalizowanego historyka, antropologa, biologa czy filozofa. Krytycy Harariego wielokrotnie wskazywali, że w jego książkach pojawiają się:

  • zbyt szerokie generalizacje,
  • odważne zestawienia oparte na nierównomiernie dobranych przykładach,
  • tezy z różnych dziedzin przedstawiane z podobnym poziomem pewności,
  • skłonność do budowania efektownych opozycji, które nie zawsze wytrzymują bliższą analizę.

Nie znaczy to, że jego książki należy odrzucić. Przeciwnie — potrafią one uruchomić ważne pytania, których wiele bardziej specjalistycznych publikacji w ogóle nie stawia w sposób zrozumiały dla szerokiego odbiorcy. Trzeba jednak czytać Harariego świadomie. Nie jako dostawcę ostatecznych wyjaśnień, lecz jako autora, który umie nadawać epokom wielkie ramy interpretacyjne — czasem odkrywcze, czasem zbyt gładkie.

Harari w Davos: nie „guru elit”, ale autor, którego elity chętnie słuchają

Obecność Harariego na spotkaniach Światowego Forum Ekonomicznego stała się jednym z głównych powodów, dla których część krytyków przedstawia go jako ideologa globalnej technokracji. To uproszczenie. Sam fakt występowania w Davos nie dowodzi, że ktoś projektuje politykę światowych elit ani że jego wypowiedzi są instrukcją dla rządzących.

Jednocześnie nie warto bagatelizować znaczenia tej obecności. Harari nie jest zapraszany przypadkowo. Jego język dobrze pasu