Podczas przesłuchania w Senacie USA lekarze i naukowcy mówili o możliwych mechanizmach łączących preparaty mRNA z progresją nowotworów, o obserwowanych nawrotach chorób nowotworowych oraz o atakach na badaczy, którzy próbują zadawać niewygodne pytania. Strona oficjalna nadal odpowiada: „brak klinicznego dowodu”.
Sedno problemu kryje się właśnie w różnicy między „brakiem dowodu”, a „zakazem zadawania pytań”.
Temat, którego miało nie być
3 czerwca 2026 roku w Senacie USA odbyło się przesłuchanie Stałej Podkomisji Śledczej pod tytułem:„Plausible Mechanisms of COVID-19 Injections Causing Cancer and Attacks on Scientific Publications and Research” („Możliwe mechanizmy powodowania raka przez iniekcje COVID-19 oraz ataki na publikacje naukowe i badania”).
Oficjalna strona komisji wskazuje datę, miejsce oraz listę świadków, wśród których znaleźli się m.in.: prof. Angus Dalgleish, dr Wafik El-Deiry, dr Aseem Malhotra oraz dr Julie Gralow z American Society of Clinical Oncology.
Już sam tytuł wysłuchania jest politycznie i społecznie znaczący. Nie dlatego, że jedno przesłuchanie ma moc rozstrzygnięcia wieloletniego sporu biologicznego, epidemiologicznego i klinicznego. Ale dlatego, że temat, który przez lata był wypychany poza dopuszczalne granice debaty publicznej, został formalnie wprowadzony do protokołu Senatu USA.
A to zmienia układ sił.
Przez ostatnie lata każdy, kto pytał o długoterminowe skutki masowych kampanii mRNA, ryzyko u pacjentów onkologicznych, mechanizmy immunologiczne, biodostępność składników preparatu czy uczciwość nadzoru bezpieczeństwa, bardzo łatwo trafiał do jednego worka: „antyszczepionkowcy”, „dezinformacja”, „teorie spiskowe”. Tymczasem w sali senackiej mówili lekarze i naukowcy z dorobkiem, przedstawiając nie tylko opinie, ale także obserwacje kliniczne, hipotezy biologiczne i zarzuty dotyczące tłumienia niewygodnych publikacji.
I tu zaczyna się prawdziwe pytanie:czy nauka nadal jest metodą dochodzenia do prawdy, czy już tylko systemem ochrony narracji?
Co powiedział prof. Angus Dalgleish?
Jednym z najważniejszych świadków był prof. Angus Dalgleish, onkolog i immunolog, emerytowany profesor onkologii na University of London. W swoim pisemnym zeznaniu podkreślił, że od końca 2021 roku zaczął obserwować serię nieoczekiwanych nawrotów nowotworów i nietypowo agresywnych przypadków choroby u pacjentów, których stan przez lata pozostawał stabilny. Według jego relacji powtarzającym się elementem tych przypadków było wcześniejsze przyjęcie kolejnych dawek przypominających przeciw COVID-19.
Dalgleish nie mówił wyłącznie o pojedynczym przypadku. Opisywał wzorzec, który – jak twierdził – pojawiał się u pacjentów w długoletniej remisji, a następnie rozszerzał się na obserwacje agresywnych nowotworów, zaawansowanych stadiów choroby u młodszych osób oraz nietypowych obrazów klinicznych. Wymienił m.in.: raka piersi, prostaty, trzustki, chłoniaki, nowotwory pęcherzyka żółciowego, glejaki i raka pęcherza.
Najważniejsze w tej części zeznania było to, że lekarz klinicysta mówił o sygnale bezpieczeństwa, który jego zdaniem powinien był uruchomić szerokie, niezależne dochodzenie.
Tymczasem – według niego – zabrakło gotowości do otwartego badania problemu.
Dalgleish wskazał też na potencjalne mechanizmy biologiczne: zaburzenia regulacji odporności, możliwe osłabienie nadzoru immunologicznego, uszkodzenia naczyniowe oraz wpływ na szlaki onkogenne i supresory nowotworowe. W jego zeznaniu pojawił się również wątek resztkowych fragmentów DNA oraz sekwencji SV40 w niektórych partiach preparatów, które powinny były spotkać się z większą uwagą regulatorów.
To nie jest jeszcze dowód przyczynowości. Ale w normalnym świecie nauki taka sekwencja zdarzeń uruchamiałaby mechanizmy sprawdzające, bez kneblowania pytań.
Dr Wafik El-Deiry: p53, białko kolca i ataki na badaczy
Kolejne istotne zeznanie złożył dr Wafik El-Deiry, lekarz i badacz nowotworów, dyrektor Legorreta Cancer Center na Brown University. Jego specjalnością jest m.in. temat białka p53 – jeden z najważniejszych mechanizmów ochronnych organizmu przed transformacją nowotworową. W zeznaniu przypomniał, że jego prace od lat dotyczą sytuacji, w których zawodzą naturalne mechanizmy supresji nowotworów.
El-Deiry mówił, że już w czasie tzw. pandemii interesowało go, czy SARS-CoV-2 albo jego komponenty mogą zakłócać mechanizmy ochronne komórek, w tym szlaki związane z p53. Według jego zeznania w 2024 roku jego zespół raportował wyniki sugerujące, że białko kolca związane z infekcją COVID-19 lub szczepieniem może zmniejszać zdolność p53 do aktywowania genów zaangażowanych w supresję nowotworową.
Ważne: sam charakter takich badań nie oznacza automatycznie, że „szczepionka powoduje raka”. To poziom mechanistyczny, komórkowy, hipotezotwórczy. Ale właśnie takie prace są początkiem nauki. Najpierw pojawia się obserwacja, potem mechanizm, potem badania epidemiologiczne, kliniczne i replikacja.
El-Deiry zeznał również, że do jesieni 2025 roku zidentyfikował blisko 70 publikacji opisujących ponad 300 raportowanych przypadków nowotworów z 27 krajów po jednej lub większej liczbie iniekcji preparatów mRNA przeciw COVID-19. W części tych przypadków – według jego zeznania – białko kolca identyfikowano w tkance guza.
I tu pojawia się drugi, równie ważny wątek: nie tylko „czy istnieje mechanizm?”, ale także czy badacze mogą go badać bez ryzyka zawodowego zniszczenia?
El-Deiry mówił o atakach na swoje publikacje i reputację, m.in. przez platformę PubPeer, która z założenia miała służyć kontroli jakości naukowej, a według niego bywa wykorzystywana jako narzędzie anonimowego niszczenia badaczy podważających dominującą narrację. W jego zeznaniu padł zarzut, że mimo braku stwierdzenia oszustwa lub nierzetelności, nieustające publiczne oskarżenia mogą realnie blokować kariery i granty naukowe.
To jest moment, w którym sprawa przestaje być wyłącznie medyczna. Staje się systemowa.
Jeśli naukowiec nie może zadać pytania bez obawy, że zostanie publicznie „spalony”, to nie mamy nauki. Mamy system zarządzania dopuszczalnymi wnioskami.
Dr Aseem Malhotra: od promocji szczepień do wezwania do rozliczeń
W przesłuchaniu pojawił się także dr Aseem Malhotra, brytyjski kardiolog. Jego zeznanie miało charakter osobisty i politycznie bardzo mocny. Malhotra opisał, że sam przyjął dwie dawki preparatu Pfizer, a wcześniej występował publicznie, wspierając kampanie szczepień wśród grup szczególnie narażonych. Następnie – po śmierci ojca i analizie danych – zmienił stanowisko, nazywając produkty mRNA „niebezpiecznymi i wadliwymi”.
Malhotra powoływał się na reanalizy badań Pfizera i Moderny, zarzucał brak transparentności oraz mówił o potrzebie otwartej debaty bez cenzury. Według niego bez swobodnej dyskusji naukowców nie będzie możliwe ustalenie, kto mógł być najbardziej narażony i jak ograniczyć potencjalne ryzyko.
Jego wypowiedź była najbardziej publicystyczna, najbardziej oskarżycielska i najmocniej wymierzona w układ korporacyjno-instytucjonalny. Można się z nią zgadzać lub nie. Ale nie da się udawać, że problem nie istnieje: w czasie tzw. pandemii granica między komunikacją zdrowotną, a propagandą była wielokrotnie przekraczana.
Kontra ASCO: „brak klinicznego dowodu”
Dla równowagi trzeba wyraźnie zaznaczyć: w tym samym przesłuchaniu wystąpiła dr Julie Gralow, Chief Medical Officer American Society of Clinical Oncology. Jej stanowisko było przeciwne wobec alarmistycznych interpretacji. Gralow stwierdziła, że obecnie nie ma klinicznego dowodu, iż szczepionki mRNA przeciw COVID-19 powodują raka. Podkreślała, że nowotwór jest procesem wieloetapowym, zwykle rozwijającym się przez lata lub dekady, a pojawienie się agresywnego nowotworu w krótkim czasie po iniekcji nie musi oznaczać związku przyczynowego.
Gralow wskazała również, że RNA szybko ulega rozpadowi i nie wchodzi do DNA człowieka, a mRNA jako technologia było rozwijane w onkologii na długo przed tzw. pandemią. W jej zeznaniu znalazły się także dane dotyczące korzyści szczepień u pacjentów onkologicznych, w tym zmniejszenia ryzyka hospitalizacji z powodu COVID-19 oraz potencjalnego korzystnego wpływu szczepień mRNA w połączeniu z immunoterapią u części pacjentów z rakiem.
To stanowisko jest zgodne z komunikatem National Cancer Institute, który podaje, że nie ma dowodów, iż szczepionki COVID-19 powodują raka, prowadzą do nawrotu choroby lub jej progresji. NCI zaznacza też, że szczepionki COVID-19 nie zmieniają DNA człowieka.
Warto jednak zauważyć subtelną, ale kluczową różnicę: „nie ma dowodu” nie znaczy „nie wolno badać”.
Brak dowodu klinicznego na dziś nie zamyka tematu, jeśli pojawiają się obserwacje kliniczne, hipotezy mechanistyczne, sygnały z literatury przypadków i pytania o jakość nadzoru bezpieczeństwa. W nauce brak dowodu powinien prowadzić do badań. W propagandzie – do zakazu pytań.
Najważniejsze napięcie: dowód kontra sygnał bezpieczeństwa
Cały spór wokół tego przesłuchania można sprowadzić do jednego zdania:
Czy sygnał bezpieczeństwa ma być badany, czy ośmieszany?
Strona krytyczna mówi: mamy obserwacje lekarzy, nietypowe nawroty, możliwe mechanizmy immunologiczne, sygnały dotyczące p53, doniesienia o białku kolca w tkankach guzów, nieprzejrzystość nadzoru i ataki na badaczy.
Strona oficjalna odpowiada: mamy brak klinicznego dowodu, brak potwierdzenia przyczynowości, dane populacyjne niepokazujące jednoznacznego wzrostu raka po szczepieniach i znane korzyści u pacjentów narażonych na ciężki COVID-19.
Poważna debata powinna pomieścić oba poziomy.
Tymczasem przez lata opinii publicznej sprzedawano uproszczony komunikat: „bezpieczne i skuteczne”, „rzadkie i łagodne”, „zaufaj ekspertom”. Gdy ktoś pytał o biodystrybucję, długoterminowe skutki, nadzór farmakologiczny, ryzyko u podgrup lub konflikt interesów, często nie otrzymywał odpowiedzi. Otrzymywał etykietę.
A etykieta nie jest argumentem.
Problem nie dotyczy wyłącznie szczepień. Dotyczy architektury kontroli debaty
Najbardziej niebezpieczne w tej sprawie nie jest nawet to, czy dana hipoteza okaże się prawdziwa, częściowo prawdziwa czy błędna. Najbardziej niebezpieczny jest mechanizm społeczny, który przez lata mówił ludziom: nie jesteście uprawnieni do pytań.
Nie pytaj o surowe dane, o długoterminowe bezpieczeństwo, o konflikty interesów, o rolę mediów finansowanych reklamami farmaceutycznymi, o lekarzy, którzy zgłaszali obserwacje niepasujące do narracji, o publikacje wycofywane pod presją, o pacjentów, którzy po prostu chcieli być wysłuchani.
Przesłuchanie w Senacie USA pokazało, że ten mur zaczyna pękać. W senacie nie udowodniono automatycznie przyczyn „epidemii” raka po 2021r. Ale oficjalnie padło pytanie, którego miało nie być.
A jeśli pytanie było przez lata zakazane, to samo jego zadanie jest wydarzeniem politycznym.
Transkrypt sensu wypowiedzi: co rzeczywiście wybrzmiało?
W dostępnych materiałach i zeznaniach świadków przewijają się cztery główne wątki.
Po pierwsze, prof. Dalgleish wskazywał na obserwowane przez siebie nawroty i agresywne przebiegi nowotworów po kolejnych dawkach przypominających. Nie przedstawiał tego jako zamkniętego dowodu populacyjnego, lecz jako poważny sygnał kliniczny wymagający niezależnego dochodzenia.
Po drugie, dr El-Deiry mówił o mechanizmach związanych z białkiem kolca i p53 oraz o literaturze przypadków, w której raportowano nowotwory po iniekcjach preparatów mRNA. Wskazywał też na przypadki, w których białko kolca miało być identyfikowane w tkance guza.
Po trzecie, kilku świadków mówiło o atakach na badaczy i publikacje naukowe. El-Deiry opisywał mechanizm publicznego podważania prac bez formalnego stwierdzenia oszustwa, a Johnson w swoim wystąpieniu łączył ten problem z wpływami przemysłu farmaceutycznego, mediów i instytucji medycznych.
Po czwarte, dr Gralow reprezentowała oficjalną linię onkologiczną: brak klinicznych dowodów, że preparaty mRNA przeciw COVID-19 powodują raka, a także wskazywała na dane sugerujące korzyści szczepień u pacjentów onkologicznych zagrożonych ciężkim COVID-19.
To nie jest więc prosta historia w stylu: „jedna strona ma rację, druga kłamie”. To historia o tym, że w sprawach masowych interwencji medycznych społeczeństwo ma prawo do pełnego obrazu, a nie tylko do komunikatu marketingowego.
Co powinno wydarzyć się teraz?
Jeżeli instytucje publiczne chcą odbudować zaufanie, nie wystarczy powtarzać formułek. Potrzebne są konkretne działania.
Po pierwsze, niezależny audyt danych bezpieczeństwa – z dostępem do danych surowych, a nie wyłącznie do interpretacji agencji.
Po drugie, rejestry onkologiczne połączone z historią ekspozycji medycznych, w tym infekcji SARS-CoV-2, szczepień, dawek przypominających, leczenia immunosupresyjnego i chorób współistniejących.
Po trzecie, niezależne badania mechanistyczne nad wpływem białka kolca, N1-metylopseudourydyny, lipidowych nanocząstek, odpowiedzi IgG4, potencjalnych fragmentów DNA i długoterminowej ekspresji antygenu – bez zakładania wyniku z góry.
Po czwarte, ochrona badaczy i lekarzy zgłaszających sygnały bezpieczeństwa. Nie może być tak, że lekarz klinicysta widzący niepokojący wzorzec u pacjentów ma wybór między milczeniem, a zawodowym unicestwieniem.
Po piąte, uczciwa komunikacja z pacjentami. Pacjent ma prawo wiedzieć, co jest pewne, co jest prawdopodobne, co jest hipotezą, a czego zwyczajnie jeszcze nie zbadano.
Konkluzja: nauka nie boi się pytań
Największą szkodą wyrządzoną podczas tzw. pandemii nie było samo istnienie błędów. Błędy w medycynie i polityce zdrowotnej zdarzają się zawsze. Największą szkodą było zbudowanie systemu, w którym błąd miał być niemożliwy z definicji, bo narracja została ogłoszona jako „święta”.
Gdy narracja staje się święta, nauka staje się liturgią.
Przesłuchanie w Senacie USA nie kończy sprawy. Ono ją otwiera. Nie daje jeszcze pełnej odpowiedzi, ale przypomina, że pytanie o bezpieczeństwo nie jest przestępstwem. Że obserwacja kliniczna nie jest „dezinformacją”.