Cisza kontrolowana: jak współczesne państwa redefiniują wolność słowa

A+A-
Zresetuj

Wolność słowa w czasach wygodnego milczenia

Jeszcze niedawno cenzura kojarzyła się z odległą przeszłością – z zimnowojennymi reżimami, konfiskatą gazet i radiem mówiącym jednym głosem. Dziś wróciła, tylko że uśmiecha się i mówi językiem „bezpieczeństwa”, „odpowiedzialności” i „walki z dezinformacją”.

Jak ostrzega amerykański prawnik i obrońca wolności słowa Greg Lukianoff, oddanie państwu lub korporacjom prawa do decydowania, co jest prawdą, a co fałszem, to otwarcie drzwi do miękkiego totalitaryzmu. Władza nie potrzebuje już cenzorów – wystarczą algorytmy, „kodeksy mowy nienawiści” i strach przed odmiennym zdaniem.

Hate speech: największy sukces propagandy cenzury

Kiedyś pretekstem do ograniczania wolności były „wartości narodowe”. Dziś – „walka z nienawiścią”.
„Hate speech” stał się hasłem-marką, idealnym narzędziem do uzasadnienia interwencji państwa w sferę słowa. Jak przypomina Lukianoff, to pojęcie w swojej nowoczesnej formie nie powstało w sądach, lecz w środowiskach akademickich, które uważały, że „równość” wymaga tłumienia poglądów konserwatywnych.

Efekt? Zamiast chronić ludzi przed przemocą, zaczęto chronić ich przed emocjonalnym dyskomfortem. Na uniwersytetach USA od lat 80. funkcjonują tzw. speech codes – przepisy zakazujące „obraźliwych” opinii. Miały zapewnić bezpieczeństwo, a doprowadziły do atmosfery autocenzury.

Wolność słowa nie chroni tego, co miłe i popularne. Chroni to, co niewygodne, głupie, a nawet obraźliwe – bo tylko wtedy ma sens. Ograniczając ją w imię dobra, zawsze kończymy w tym samym miejscu: w społeczeństwie, które boi się mówić to, co myśli.

Brytyjski syndrom: kraj, który przywykł do milczenia

Lukianoff zwraca uwagę, że Wielka Brytania przekroczyła granicę represji, jakiej nie widziano od czasów „Czerwonej paniki” w USA sto lat temu. W latach 2015–2016 w samym tylko Zjednoczonym Królestwie aresztowano więcej osób za „obraźliwe wpisy” w internecie niż podczas całej fali antykomunistycznych czystek w Ameryce.

Dla wielu Brytyjczyków to norma – jak mówi, „macie syndrom Sztokholmski wobec własnej cenzury”. Ludzie przyzwyczaili się, że za słowa można trafić do sądu, i przestali to zauważać. Policja odwiedza użytkowników Twittera za memy, aresztuje za żarty, „profiluje” autorów wpisów, które uzna za „potencjalnie szkodliwe dla wspólnoty”.

Najgroźniejsze jest to, że większość społeczeństwa nie widzi w tym nic złego. Cenzura stała się formą obywatelskiego nawyku – społecznie akceptowanego sposobu radzenia sobie z niezgodą.

Paradoks nienawiści: im mniej wolności, tym więcej ekstremizmu

Zamknięcie ust radykałom nie usuwa radykalizmu – ono go napędza. Badania z zakresu psychologii społecznej od lat potwierdzają zjawisko group polarization: gdy ludzie o podobnych poglądach rozmawiają tylko ze sobą, ich przekonania stają się coraz bardziej skrajne.

Cenzura działa więc jak inkubator radykalizmu. Zmusza ludzi do ukrywania poglądów, tworzy „podziemne społeczności”, które zamiast rozmawiać – rosną w gniewie i izolacji.

Lukianoff mówi wprost:

„Nie jesteś bezpieczniejszy, wiedząc mniej o tym, co ludzie naprawdę myślą.”

Zamiast wiedzieć, kto jest fanatykiem – nie wiesz nic. A niewiedza nigdy nie czyni społeczeństwa bezpiecznym.

Incitement, czyli granica między słowem a czynem

Współczesna władza często uzasadnia cenzurę walką z „podżeganiem do przemocy”. Problem w tym, że granica między gniewnym wpisem a realnym wezwaniem do czynu coraz bardziej się zaciera.

W amerykańskim prawie incitement oznacza coś bardzo konkretnego: nawoływanie do natychmiastowego, bezpośredniego aktu przemocy. Nie emocjonalny wpis, nie metaforę, nie hiperbolę – ale faktyczne wezwanie: „zróbmy to teraz”.
Europa jednak interpretuje to znacznie szerzej – tu wystarczy, że ktoś uzna Twoje słowa za „potencjalnie niebezpieczne”.

To prowadzi do sytuacji absurdalnych: kobieta trafia do więzienia za głupi, nienawistny tweet, choć nie miała realnej możliwości wywołania przemocy. Tak rodzi się społeczeństwo prewencyjnej winy – ludzie karani nie za czyny, ale za emocje, które mogłyby kogoś urazić.

Cenzura 2.0: rząd jako strażnik prawdy

Najgroźniejszy etap dopiero nadchodzi. Nowa forma cenzury nie posługuje się kodeksem karnym, lecz językiem „dezinformacji”.
Dziś walka nie toczy się już o to, co wolno mówić, ale kto ma prawo decydować, co jest prawdą.

Lukianoff przestrzega: oddanie państwu władzy nad definicją prawdy to koniec wolnego społeczeństwa.
Rząd, który może oznaczyć Twoje słowa jako „fałszywe”, nie musi już ich obalać – wystarczy, że je usunie.
To mechanizm, który widzimy na platformach społecznościowych, gdzie współpraca rządów i korporacji doprowadziła do stworzenia globalnego filtra rzeczywistości.

Każdy post, który podważa oficjalną narrację – o pandemii, wojnie, gospodarce – może zostać oznaczony, ograniczony, zdemonetyzowany lub zniknąć bez śladu. Wszystko w imię „bezpieczeństwa informacyjnego”.

Prawo do błędu: fundament wolności

Najważniejsza lekcja, o której przypomina Lukianoff, pochodzi z czasów Oświecenia: prawda nie jest dana, tylko odkrywana – często poprzez błędy.
To, co dziś uznajemy za „dezinformację”, jutro może okazać się faktem.
Historia pełna jest przykładów idei, które najpierw potępiano jako niebezpieczne, by po latach uznać je za oczywiste.

Jeśli społeczeństwo nie ma prawa się mylić, nie ma też prawa się uczyć.
Cenzura niszczy mechanizm samonaprawy demokracji – prowadzi do stagnacji, fałszywego konsensusu i utraty zaufania.
Bo tam, gdzie prawda staje się decyzją polityczną, kończy się nauka, dziennikarstwo i myślenie.

Odwaga mówienia w epoce milczenia

Dzisiejsza walka o wolność słowa nie toczy się na barykadach, lecz na ekranach telefonów.
Nie chodzi już o to, czy można mówić – lecz czy można mówić bez strachu.

To, że rządy, uniwersytety i platformy społecznościowe coraz częściej „wiedzą lepiej, co dla nas dobre”, powinno być alarmem dla każdego, kto ceni własny rozum.
Bo jak mówi Lukianoff,

„Jeśli pozwolisz rządowi decydować, co jest prawdą – przegrałeś całą grę.”

Wolność słowa to nie luksus demokracji. To jej system bezpieczeństwa.
A społeczeństwo, które odda ten przywilej w imię komfortu, wkrótce obudzi się w ciszy, w której mówi tylko władza.

Dodaj komentarz

Sprawdź również:

Preferencje plików cookies

Inne

Inne pliki cookie to te, które są analizowane i nie zostały jeszcze przypisane do żadnej z kategorii.

Niezbędne

Niezbędne
Niezbędne pliki cookie są absolutnie niezbędne do prawidłowego funkcjonowania strony. Te pliki cookie zapewniają działanie podstawowych funkcji i zabezpieczeń witryny. Anonimowo.

Reklamowe

Reklamowe pliki cookie są stosowane, by wyświetlać użytkownikom odpowiednie reklamy i kampanie marketingowe. Te pliki śledzą użytkowników na stronach i zbierają informacje w celu dostarczania dostosowanych reklam.

Analityczne

Analityczne pliki cookie są stosowane, by zrozumieć, w jaki sposób odwiedzający wchodzą w interakcję ze stroną internetową. Te pliki pomagają zbierać informacje o wskaźnikach dot. liczby odwiedzających, współczynniku odrzuceń, źródle ruchu itp.

Funkcjonalne

Funkcjonalne pliki cookie wspierają niektóre funkcje tj. udostępnianie zawartości strony w mediach społecznościowych, zbieranie informacji zwrotnych i inne funkcjonalności podmiotów trzecich.

Wydajnościowe

Wydajnościowe pliki cookie pomagają zrozumieć i analizować kluczowe wskaźniki wydajności strony, co pomaga zapewnić lepsze wrażenia dla użytkowników.