Spis treści
W Polsce rusza ogólnokrajowa akcja sanepidu, której celem jest sprawdzanie rodziców, którzy nie zaszczepili swoich dzieci. Oficjalnie chodzi o „poznanie przyczyn”, ale wielu obywateli nie ma wątpliwości — to kolejny krok w kierunku państwa nadmiernego nadzoru. Zamiast edukacji i dialogu władze wybierają kontrolę, presję i biurokratyczny przymus.
Państwo, które nie ufa obywatelom
Zamiast rozmowy o zdrowiu publicznym, sanepid uruchamia procedury przypominające dochodzenie. Inspektorzy mają analizować dokumentację medyczną, kontaktować się z rodzicami i ustalać, dlaczego dzieci nie zostały zaszczepione.
Na pierwszy rzut oka brzmi to niewinnie. W praktyce jednak chodzi o ingerencję w sferę prywatnych decyzji rodziców, którzy coraz częściej czują się traktowani nie jak obywatele, lecz jak podejrzani.
Zamiast współpracy – kontrola. Zamiast rozmowy – formularz i protokół. Zamiast zaufania – podejrzenie i sankcja.
Masowa akcja pod hasłem „troski”
Sanepid zapowiada, że działaniami zostanie objętych ponad sto tysięcy dzieci. Urzędnicy mają badać zarówno przypadki całkowitego braku szczepień, jak i te, w których rodzice wykonali tylko część z nich.
Akcja, jak twierdzą władze, ma „charakter informacyjny”. Jednak już sam jej zakres i język komunikatów pokazują, że chodzi o nadzór, a nie o informację. W całym kraju powstają listy, zestawienia i raporty, które mają pozwolić ustalić, kto nie przestrzega zaleceń.
Takie działania coraz bardziej przypominają centralny rejestr nieposłusznych rodziców, a nie system ochrony zdrowia.
Groźba sankcji zamiast dialogu
Choć urzędnicy uspokajają, że chodzi o „rozmowy edukacyjne”, w praktyce sanepid może nakładać mandaty i kierować sprawy do sądu administracyjnego. Dla wielu rodzin to kolejny przykład, że państwo potrafi działać głównie przez represję, a nie przekonywanie.
Rodzice, którzy z różnych powodów zrezygnowali ze szczepień – z obaw, względów medycznych czy przekonań – będą musieli tłumaczyć się przed urzędnikiem, jakby popełnili wykroczenie.
Trudno o bardziej czytelny sygnał, że władza nie wierzy obywatelom i nie uznaje ich prawa do samodzielnych decyzji w kwestiach zdrowia własnych dzieci.
Społeczny sprzeciw rośnie
Coraz więcej rodziców odbiera działania sanepidu jako formę presji i zastraszania. W sieci przybywa głosów sprzeciwu wobec masowych kontroli i wzywań. Wielu komentatorów zwraca uwagę, że państwo, które tak głęboko ingeruje w życie rodzinne, przekracza granice konstytucyjnych uprawnień.
Nie chodzi tu już o same szczepienia, lecz o metody działania administracji – brak zaufania, arbitralność decyzji i wykorzystywanie aparatu urzędniczego do wymuszania posłuszeństwa.
Zamiast budować świadomość i edukować społeczeństwo, rządzący tworzą atmosferę podejrzliwości i lęku.
Zdrowie publiczne czy biurokratyczny nadzór?
Nikt nie kwestionuje znaczenia profilaktyki zdrowotnej, ale forma, jaką przyjął sanepid, budzi pytanie: czy to jeszcze troska o zdrowie publiczne, czy już narzędzie kontroli społecznej?
W sytuacji, gdy coraz więcej instytucji sięga po dane osobowe obywateli, a administracja zdobywa nowe uprawnienia do „monitorowania” postaw, granica między bezpieczeństwem a nadzorem zaczyna się niebezpiecznie zacierać.
System, który karze zamiast rozmawiać
Akcja sanepidu jest dowodem na to, że władze nie ufają obywatelom i coraz częściej traktują społeczeństwo jak zbiór podejrzanych. Zamiast współpracy i edukacji wybrano model przymusu, który podważa sens publicznej opieki zdrowotnej.
W ten sposób instytucja, która powinna dbać o zdrowie, staje się symbolem urzędniczej władzy, biurokratycznej pychy i ingerencji w prywatność rodzin.
Bo kiedy zdrowie publiczne staje się pretekstem do kontroli obywateli, to granica między troską a przymusem przestaje istnieć.