Spis treści
Kiedy przydział zastępuje przygotowanie, a propaganda zastępuje bezpieczeństwo, państwo zaczyna igrać nie z procedurą, lecz z ludzkim życiem.
Polski system mobilizacyjny coraz wyraźniej ujawnia swój podstawowy problem: nie opiera się na realnym przygotowaniu ludzi, ale na administracyjnym przypisywaniu funkcji, które mają stwarzać wrażenie gotowości.
Na papierze wszystko się zgadza. W praktyce coraz częściej nie zgadza się człowiek, jego doświadczenie i jego kompetencje.
Polski system mobilizacyjny coraz bardziej przypomina mechanizm pozoru.
Formalnie są przydziały, stanowiska, ćwiczenia i procedury.
Problem zaczyna się wtedy, gdy za tym wszystkim trzeba postawić realnego człowieka z realnymi kwalifikacjami i odpowiedzialnością.
Wtedy okazuje się, że państwo coraz częściej nie buduje zdolności obronnej, lecz jej administracyjną imitację.
Przydział zamiast przygotowania
Najbardziej wymownym przykładem jest sprawa Dariusza Rozwadowskiego, nauczyciela historii, który po krótkim, 6-tygodniowym przeszkoleniu wojskowym sprzed 20 lat otrzymał przydział mobilizacyjny na stanowisko dowódcy kompanii saperów.
Sam zainteresowany otwarcie mówi, że nie ma kwalifikacji do pełnienia takiej funkcji.
Nie był przez lata szkolony, nie przechodził specjalistycznych kursów, nie ma praktyki w dowodzeniu, nie zna współczesnego sprzętu ani realiów służby.
Mimo to system uznał, że taki przydział jest dopuszczalny.
To nie jest drobna wada procedury.
To sygnał, że państwo traktuje przydział nie jako wynik oceny kompetencji, lecz jako narzędzie uzupełniania struktury.
Nie liczy się to, czy człowiek potrafi udźwignąć funkcję.
Liczy się to, że stanowisko zostało obsadzone w dokumentach.
W takim modelu przydział przestaje być elementem systemu obronnego.
Staje się biurokratycznym środkiem do domykania tabel.
Państwo nie buduje siły. Buduje statystykę.
Szkolenie rezerwy jako rytuał odhaczania
Jeszcze bardziej niepokojące są relacje dotyczące szkoleń rezerwy.
W wielu przypadkach szkolenie nie jest powiązane z rzeczywistymi przydziałami mobilizacyjnymi.
Oficerowie, podoficerowie i szeregowi trafiają na zajęcia prowadzone według jednego schematu, bez związku z funkcjami, które mieliby pełnić w razie wojny.
Zamiast rozwijania kompetencji pojawia się zestaw czynności nieadekwatnych do realnej roli uczestnika.
Człowiek, który ma odpowiadać za konkretne zadania, nie ćwiczy tego, co będzie musiał robić.
Ćwiczy to, co pozwala wykazać, że „szkolenie się odbyło”.
To oznacza, że szkolenie nie służy przygotowaniu, lecz odhaczaniu procedury.
Nie liczy się efekt. Liczy się wpis w systemie.
Pozór gotowości bywa groźniejszy niż jej brak
W ten sposób powstaje mechanizm państwowej fikcji.
Z zewnątrz widać ruch, decyzje i struktury.
W środku brakuje spójności między stanowiskiem, przygotowaniem i odpowiedzialnością.
To szczególnie niebezpieczne w obronności, bo pozór gotowości może być groźniejszy niż jej brak.
Brak przynajmniej nie udaje rozwiązania problemu.
Pozór pozwala zachowywać się tak, jakby wszystko było pod kontrolą, choć nie ma ku temu podstaw.
Hasła o bezpieczeństwie zaczynają pełnić funkcję propagandową, zamiast opisywać rzeczywiste zdolności systemu.
W sytuacji kryzysowej potrzebni są ludzie, którzy wiedzą, co robią, a nie tacy, którzy tylko formalnie zostali przypisani do roli.
Państwo wymaga, ale samo nie wykonuje obowiązku
Państwo ma prawo wymagać od obywatela gotowości do służby.
Ale musi też spełnić swój podstawowy obowiązek: rzetelnie go przygotować.
Jeżeli tego przygotowania nie ma, a odpowiedzialność jest przydzielana, przestajemy mówić o poważnym systemie obronnym.
Zaczynamy mówić o państwie, które wymaga więcej, niż samo jest gotowe zapewnić.
Oczekuje dyspozycyjności, ale nie daje podstaw do zaufania.
To już nie jest tylko problem administracyjny.
To jest problem polityczny i moralny.
Bo państwo zaczyna igrać z ludzkim życiem.
System broni swojego obrazu, nie skuteczności
Z relacji wynika jeszcze jeden mechanizm:
osoby zgłaszające problemy spotykają się nie z reakcją, lecz z minimalizowaniem i rozmywaniem odpowiedzialności.
To oznacza, że system bardziej dba o wizerunek gotowości niż o jej realne istnienie.
Łatwiej ogłosić, że procedury są, niż odpowiedzieć, czy stoją za nimi przygotowani ludzie.
W praktyce oznacza to jedno:
państwo mówi o obowiązkach obywatela, ale nie gwarantuje, że ten obywatel będzie przygotowany do swojej roli.
To nie jest błąd. To model działania
To nie wygląda już na pojedyncze pomyłki.
To wygląda na model działania, w którym dokument ma większe znaczenie niż kompetencje.
Łatwiej nadać funkcję niż zbudować umiejętności.
Łatwiej mówić o bezpieczeństwie niż je tworzyć.
Powtarza się schemat:
przydziały ponad kompetencje, szkolenia niedostosowane do funkcji, brak reakcji na problemy.
Jeżeli państwo chce mówić poważnie o bezpieczeństwie, musi przywrócić związek między:
przydziałem, kwalifikacją, szkoleniem i odpowiedzialnością.
Bezpieczeństwo nie powstaje z propagandy
Na końcu zostaje pytanie podstawowe:
czy Polska buduje system rezerw, czy tylko symuluje jego istnienie?
Jeżeli ludzie otrzymują odpowiedzialne funkcje bez przygotowania, a szkolenia są niedostosowane do realiów, to odpowiedź staje się oczywista.
Państwo, które nie szkoli, a tylko przydziela, nie buduje bezpieczeństwa.
Państwo, które ignoruje sygnały ostrzegawcze, produkuje własną słabość.
Tego problemu nie da się zasłonić komunikatem.
Bo tu nie chodzi o wizerunek.
Chodzi o to, czy w chwili próby za decyzjami państwa będą stali rzeczywiście przygotowani ludzie.
A od tego zależy znacznie więcej niż poprawnie wypełniona rubryka.