Spis treści
Na europejskich rynkach energetycznych obserwuje się zjawisko, które jeszcze niedawno wydawało się nieprawdopodobne: ceny węgla spadły do poziomu sprzed kryzysu energetycznego, a mimo to energia elektryczna wciąż drożeje. Polska, której miks energetyczny nadal w dużym stopniu opiera się na węglu, mogłaby korzystać z taniego surowca, gdyby nie kosztowna polityka klimatyczna i administracyjne obciążenia sektora.
Ceny węgla spadają do najniższego poziomu od lat
Na światowych rynkach tona węgla energetycznego kosztuje obecnie około 90 dolarów, co oznacza najniższy poziom od 2021 roku. W Polsce z kolei średnia cena importowanego węgla spadła do 327 zł za tonę – również najtaniej od trzech lat.
Dla przemysłu to teoretycznie dobra wiadomość, jednak spadek cen surowca nie przekłada się na ceny energii elektrycznej. Polskie gospodarstwa domowe i przedsiębiorstwa nadal płacą rekordowo wysokie rachunki, mimo że koszt podstawowego paliwa energetycznego gwałtownie się obniżył.
Dlaczego taniej węgla nie oznacza tańszego prądu
Na końcową cenę energii składa się dziś nie tylko wartość surowca, ale cały zestaw politycznych, klimatycznych i regulacyjnych dopłat, które skutecznie neutralizują wpływ taniego węgla. Wśród nich są:
- opłaty za emisję CO₂, które wciąż stanowią ogromne obciążenie dla elektrowni węglowych,
- koszty systemów wsparcia OZE, które są przerzucane na odbiorców końcowych,
- administracyjne dopłaty i mechanizmy kontrolne, generujące koszty niezależne od rynku.
W efekcie, nawet gdy paliwo tanieje, energia elektryczna pozostaje droga, bo cena końcowa jest uzależniona od regulacji, a nie od realiów rynkowych.
Kopalnie w potrzasku
Paradoksalnie — dla polskich kopalń spadek cen węgla nie jest dobrą wiadomością. Produkcja w wielu zakładach staje się nierentowna, a część przedsiębiorstw balansuje na granicy strat. W rezultacie rząd zmuszony jest do subsydiowania sektora, co z kolei generuje dodatkowe obciążenie budżetowe.
To błędne koło, w którym niskie ceny surowca nie przynoszą korzyści nikomu – ani gospodarstwom domowym, ani kopalniom, ani państwu.
Klimatyzm zamiast ekonomii
Problemem nie jest sam spadek cen, lecz system, który od lat opiera się bardziej na ideologii niż na ekonomii. Polityka klimatyczna Unii Europejskiej, choć deklaratywnie ma prowadzić do czystej energii, w praktyce dokłada kosztów i uzależnia gospodarki od dopłat i certyfikatów.
Dla krajów takich jak Polska, gdzie węgiel wciąż stanowi filar bezpieczeństwa energetycznego, oznacza to rosnące rachunki i malejącą konkurencyjność. W efekcie odbiorca końcowy płaci nie za energię — lecz za system.
Taniej nie znaczy lepiej
Tani węgiel nie oznacza taniego prądu, dopóki rynek energii pozostaje zakładnikiem kosztownych regulacji i politycznych priorytetów. W Polsce zamiast korzystać z chwilowej stabilizacji cen surowców, wciąż utrzymuje się mechanizmy, które blokują realne obniżki dla obywateli.
Energia mogłaby dziś kosztować ułamek tego, co płacą konsumenci. Ale dopóki rachunki wystawia „klimatyzm” zamiast ekonomii — prąd nigdy nie stanie się śmiesznie tani.