Na początku lat 90. Polska dopiero uczyła się nowej roli w świecie.
Upadł komunizm. Rozpadał się dawny blok wschodni. Warszawa próbowała odbudować relacje z państwami, z którymi przez dekady kontakt był ograniczony albo podporządkowany polityce Moskwy. Jednocześnie nowe władze III RP szukały sposobu, by pokazać Zachodowi, że Polska nie jest już biernym elementem sowieckiej strefy wpływów, lecz samodzielnym partnerem gotowym brać odpowiedzialność za trudne decyzje.
Właśnie w tym momencie doszło do Operacji Most.
Pod tym kryptonimem kryła się tajna akcja tranzytu Żydów emigrujących z rozpadającego się Związku Radzieckiego do Izraela przez terytorium Polski. Operacja trwała od 1990 do 1992 roku. Według ostrożnych, opartych na zachowanych danych szacunków, z polskiej trasy mogło skorzystać około 40 tysięcy osób, choć dokładna liczba nie jest dziś w pełni potwierdzona ze względu na niekompletną dokumentację.
Operacja Most miała wyraźny wymiar humanitarny. Pomagała ludziom, którzy korzystając z liberalizacji w ZSRR, chcieli wyjechać do Izraela i rozpocząć nowe życie. Ale nie była wyłącznie akcją pomocową.
Była także jednym z pierwszych sprawdzianów nowej polskiej polityki zagranicznej.
Polska, która w 1967 roku zerwała stosunki dyplomatyczne z Izraelem pod presją Moskwy, w lutym 1990 roku oficjalnie je wznowiła. Kilka miesięcy później weszła w tajną współpracę z Izraelem i Stanami Zjednoczonymi przy operacji obarczonej realnym ryzykiem terrorystycznym.
To nie był marginalny epizod.
Operacja Most pokazała, że III RP zamierza prowadzić politykę inną niż PRL: prozachodnią, bardziej samodzielną i gotową do budowania zaufania w relacjach z państwami, które wcześniej znajdowały się po przeciwnej stronie geopolitycznego podziału.
Żydzi z ZSRR chcą wyjeżdżać
Źródeł Operacji Most trzeba szukać nie w Polsce, lecz w Związku Radzieckim.
Przez lata władze sowieckie bardzo mocno ograniczały emigrację obywateli żydowskiego pochodzenia. Wyjazd do Izraela lub Stanów Zjednoczonych był przedmiotem politycznych targów, presji międzynarodowej i wewnętrznych decyzji Kremla.
Sytuacja zaczęła się zmieniać w drugiej połowie lat 80., wraz z dojściem do władzy Michaiła Gorbaczowa, pierestrojką oraz próbą poprawy stosunków z Zachodem. Kreml zaczął zwiększać liczbę zezwoleń na emigrację dla Żydów, co miało znaczenie nie tylko humanitarne, ale także dyplomatyczne — szczególnie w relacjach ze Stanami Zjednoczonymi.
W ten sposób uruchomiła się wielka fala wyjazdów.
Dla części emigrantów naturalnym kierunkiem były USA. Izrael natomiast chciał, aby możliwie duża liczba Żydów z ZSRR osiedliła się właśnie tam. Był to dla państwa izraelskiego temat o ogromnym znaczeniu demograficznym, społecznym, gospodarczym i politycznym.
Pojawił się jednak problem logistyczny.
Związek Radziecki ze względów politycznych i bezpieczeństwa nie był chętny do organizowania bezpośredniego połączenia lotniczego z Izraelem. Obawiano się reakcji państw arabskich i pogorszenia stosunków z dotychczasowymi partnerami Moskwy na Bliskim Wschodzie.
Potrzebne były więc państwa tranzytowe.
Najpierw Węgry, potem Polska
Jednym z pierwszych ważnych punktów tranzytowych stały się Węgry. Budapeszt zgodził się pomagać w przerzucie emigrantów, a istotną rolę odgrywały węgierskie linie lotnicze Malév.
Sytuacja zmieniła się w marcu 1990 roku, gdy podczas przejazdu jednego z konwojów związanych z transportem emigrantów doszło do zamachu bombowego. Zginął węgierski policjant. W obliczu realnego zagrożenia terrorystycznego udział Węgier w operacji stanął pod znakiem zapytania.
To właśnie w tym momencie wzrosło znaczenie Polski.
Warszawa nie była przypadkowym wyborem. Położenie geograficzne czyniło ją dogodnym punktem tranzytowym dla ludzi przyjeżdżających z ZSRR koleją. Co ważniejsze, nowy polski rząd chciał wykonać polityczny krok zbliżający kraj do Zachodu i do Izraela.
W 1990 roku Polska nie miała jeszcze stabilnej pozycji międzynarodowej. Dopiero negocjowała redukcję zagranicznego długu, szukała wsparcia politycznego i gospodarczego, próbowała odbudować wiarygodność po dekadach zależności od Moskwy. W takim kontekście zgoda na udział w Operacji Most była czymś więcej niż decyzją logistyczną.
Była demonstracją nowej orientacji państwa.
Stosunki z Izraelem dopiero wracały
Relacje dyplomatyczne Polski z Izraelem zostały zerwane w 1967 roku, po wojnie sześciodniowej, zgodnie z linią przyjętą przez Związek Radziecki i podporządkowane mu kraje bloku wschodniego.
W Polsce decyzja ta zbiegła się z nasileniem antyizraelskiej propagandy, która wkrótce przeszła w antysemicką kampanię Marca 1968 roku. Tysiące obywateli polskich pochodzenia żydowskiego zostało wypchniętych z kraju.
Przez kolejne dwie dekady stosunki polsko-izraelskie pozostawały zamrożone. Zmiana stała się możliwa dopiero pod koniec lat 80., gdy w Europie Wschodniej zaczął się rozpadać stary porządek, a Polska po częściowo wolnych wyborach z czerwca 1989 roku weszła na drogę transformacji.
Oficjalne stosunki dyplomatyczne z Izraelem wznowiono w lutym 1990 roku.
Był to ważny gest symboliczny, ale dopiero Operacja Most nadała tej zmianie praktyczny, wymagający i politycznie znaczący wymiar. Polska nie ograniczyła się do odnowienia ambasad i wymiany not dyplomatycznych. Podjęła współpracę w operacji, która wymagała zaufania, tajności, koordynacji służb i gotowości do przyjęcia poważnego ryzyka.
Rozmowy, które poprzedziły decyzję
W lutym 1990 roku do Polski przyjechał Edgar M. Bronfman, przewodniczący Światowego Kongresu Żydów. Spotkał się m.in. z premierem Tadeuszem Mazowieckim, prezydentem Wojciechem Jaruzelskim, ministrem spraw zagranicznych Krzysztofem Skubiszewskim oraz Lechem Wałęsą.
Według badań Tomasza Kozłowskiego, opartych na odtajnionych materiałach, Bronfman deklarował polityczne wsparcie dla Polski w Waszyngtonie i w środowiskach finansowych. Było to istotne w momencie, gdy nowy polski rząd zabiegał o zaufanie USA oraz korzystne rozwiązanie problemu ogromnego zadłużenia zagranicznego.
Równolegle polska dyplomacja intensyfikowała kontakty z Izraelem. W lutym 1990 roku minister spraw zagranicznych Izraela Mosze Arens rozmawiał w Warszawie z najwyższymi polskimi władzami o możliwości wykorzystania Polski jako punktu tranzytowego dla Żydów wyjeżdżających z ZSRR.
Polskie instytucje zaczęły analizować wykonalność takiej operacji:
- Ministerstwo Spraw Zagranicznych,
- wywiad i kontrwywiad,
- Polskie Linie Lotnicze LOT,
- struktury odpowiedzialne za bezpieczeństwo lotnisk i transportu.
Decyzja polityczna zapadła bardzo szybko, choć przygotowania operacyjne nie były jeszcze zakończone.
Mazowiecki ogłasza gotowość Polski
W marcu 1990 roku premier Tadeusz Mazowiecki odbył ważną wizytę w Stanach Zjednoczonych. Spotkał się z prezydentem George’em H.W. Bushem, wiceprezydentem, sekretarzem obrony oraz szefem CIA.
Jednym z najważniejszych momentów tej podróży było wystąpienie przed American Jewish Congress w Nowym Jorku. Mazowiecki publicznie zadeklarował tam, że Polska pomoże w transporcie Żydów z ZSRR do Izraela.
Była to deklaracja znacząca z dwóch powodów.
Po pierwsze, premier ogłosił ją zanim cały mechanizm operacji był ostatecznie dopracowany. Według późniejszych relacji zaskoczyło to nawet część jego współpracowników.
Po drugie, wypowiedź padła w sytuacji, gdy Węgry rozważały ograniczenie swojego udziału ze względu na zagrożenie terrorystyczne. Polska wystąpiła więc jako państwo gotowe przejąć część ciężaru, od którego inni zaczynali się odsuwać.
Reakcja w Stanach Zjednoczonych i Izraelu była bardzo pozytywna. Administracja amerykańska doceniła polską gotowość do działania, a środowiska żydowskie odebrały ją jako ważny gest nowej Polski.
W tym sensie Mazowiecki nie tylko zgodził się na operację. Nadał jej bardzo wyraźny polityczny sens.
Dlaczego operacja była tajna
Operacja Most była utrzymywana w tajemnicy nie z powodu egzotycznej fascynacji konspiracją, lecz ze względu na realne ryzyko bezpieczeństwa.
Tranzyt Żydów z ZSRR do Izraela był przedmiotem zainteresowania radykalnych organizacji arabskich i palestyńskich, które mogły uznać takie działania za cel ataku. W tle znajdowały się również dawne, niebezpieczne kontakty środowisk terrorystycznych z Europą Wschodnią z czasów zimnej wojny.
W połowie marca 1990 roku w bejruckiej prasie pojawił się list z groźbami wobec Polski. Ostrzeżenia dotyczyły możliwych ataków na polskie interesy i przedstawicielstwa.
Polskie władze potraktowały zagrożenie poważnie. Po zamachu na małżeństwo polskich dyplomatów w Libanie w marcu 1990 roku Ministerstwo Spraw Wewnętrznych powołało specjalny zespół koordynujący działania antyterrorystyczne. Jego zadaniem była ochrona polskich placówek, obiektów komunikacyjnych oraz samej operacji tranzytowej.
Tajność Operacji Most wynikała więc z kilku przesłanek:
- chęci ochrony emigrantów,
- ochrony polskich lotnisk, placówek i obywateli,
- konieczności współpracy wywiadowczej z partnerami zagranicznymi,
- ryzyka ataków ze strony organizacji terrorystycznych.
To ważne, bo łatwo z dzisiejszej perspektywy sformułować zarzut, że operacja była prowadzona bez szerszej demokratycznej kontroli. Problem tajności nie jest jednak w tym przypadku prosty. Rząd podejmował decyzję polityczną wysokiej wagi, ale zarazem działał w warunkach, w których pełna jawność mogła realnie zwiększyć zagrożenie dla życia ludzi.
Jak przebiegał tranzyt przez Polskę
Operacja rozpoczęła się pod koniec maja i na początku czerwca 1990 roku. Według jednej z rekonstrukcji pierwszy transport lotniczy mógł wystartować z Polski 14 czerwca 1990 roku, choć w odniesieniu do części szczegółów nadal trzeba zachowywać ostrożność.
Mechanizm działania z czasem ustabilizował się.
Emigranci z ZSRR przyjeżdżali do Warszawy koleją, m.in. na Dworzec Gdański. Następnie byli szybko odbierani, przewożeni do hotelu lub punktu oczekiwania, a potem — w odpowiednim momencie — transportowani na lotnisko Okęcie.
Stamtąd odlatywali samolotami do Izraela.
Całość musiała być prowadzona z dużą ostrożnością. Szczególne zabezpieczenia obejmowały:
- trasy przejazdu,
- dworce,
- hotele,
- lotnisko,
- samoloty i płytę lotniska.
Według relacji przytaczanych w badaniach nad operacją, podczas przylotu izraelskiego samolotu zabezpieczenie lotniska było znacząco podnoszone. W działania włączały się zarówno polskie jednostki ochronne i antyterrorystyczne, jak i izraelskie formacje odpowiedzialne za bezpieczeństwo samolotów.
Nie chodziło tylko o przewóz pasażerów. Chodziło o przeprowadzenie całej trasy w taki sposób, aby zminimalizować ryzyko zamachu.
Polskie i izraelskie służby po tej samej stronie
Operacja Most była jednym z pierwszych dużych przypadków ścisłej współpracy służb III RP z partnerami z Izraela i Stanów Zjednoczonych.
Z polskiej strony udział brały struktury wywiadu i kontrwywiadu, a także policja i jednostki specjalne odpowiedzialne za ochronę transportów. Z izraelskiej — odpowiednie służby bezpieczeństwa i formacje chroniące lotnictwo.
Istotna była również pomoc amerykańska. W obliczu zagrożenia terrorystycznego USA oferowały wsparcie w zakresie podnoszenia standardów bezpieczeństwa lotnisk i samolotów oraz współpracy antyterrorystycznej.
Właśnie ten wymiar sprawia, że Operacja Most miała znaczenie znacznie szersze niż sama logistyka emigracji.
Dla państwa dopiero wychodzącego z Układu Warszawskiego była to praktyczna szkoła:
- współpracy wywiadowczej z Zachodem,
- koordynacji działań antyterrorystycznych,
- ochrony operacji międzynarodowych o wysokim ryzyku,
- budowania zaufania z partnerami, którzy dopiero zaczynali patrzeć na Polskę jak na potencjalnego sojusznika.
Nie należy prostą linią prowadzić od Operacji Most do członkostwa Polski w NATO. To byłoby nadmierne uproszczenie. Ale można powiedzieć uczciwie, że operacja wpisała się w szerszy proces budowania polskiej wiarygodności jako partnera Zachodu w sprawach bezpieczeństwa.
Humanitaryzm i geopolityka nie wykluczały się
W ocenie Operacji Most łatwo popaść w dwie skrajności.
Pierwsza przedstawia ją niemal wyłącznie jako piękny akt pomocy ludziom w drodze do wolności. Druga sprowadza wszystko do zimnej kalkulacji: Polska pomagała, bo chciała zdobyć wpływy w Waszyngtonie, wsparcie środowisk żydowskich i lepszą pozycję w negocjacjach międzynarodowych.
Obie perspektywy są niepełne.
Operacja Most rzeczywiście miała wymiar humanitarny. Bez polskiej zgody tysiące ludzi musiałyby korzystać z innych, być może trudniejszych tras. Polska stworzyła dla nich bezpieczny korytarz tranzytowy w momencie, gdy sytuacja geopolityczna była niestabilna, a ryzyko zamachów nie było fikcją.
Jednocześnie rząd Mazowieckiego doskonale rozumiał polityczne znaczenie tej decyzji. Poprawa relacji z Izraelem, odbudowa zaufania po 1967 roku, pozytywny sygnał wobec Stanów Zjednoczonych i pokazanie, że nowa Polska potrafi podjąć odpowiedzialność — wszystko to było częścią kalkulacji państwowej.
Nie trzeba więc pytać, czy była to akcja humanitarna, czy polityczna.
Była humanitarna w swoim bezpośrednim celu i polityczna w swoim znaczeniu.
Polska zmienia kierunek
Operacja Most wpisywała się w szerszy zwrot polskiej polityki po 1989 roku.
Nowe władze chciały:
- wyjść z postsowieckiej zależności,
- normalizować relacje z państwami Zachodu,
- odbudować wiarygodność międzynarodową,
- rozwinąć kontakty ze Stanami Zjednoczonymi,
- naprawić relacje z Izraelem i diasporą żydowską.
W tej perspektywie Most był jednym z działań, które pokazywały, że Polska nie chce już odgrywać roli przewidywalnego satelity Moskwy.
Jeszcze kilka lat wcześniej podobna operacja byłaby politycznie nie do pomyślenia. PRL utrzymywała oficjalnie antyizraelską linię i pozostawała zależna od wschodniego centrum decyzyjnego. W 1990 roku Polska sama decydowała, że podejmuje współpracę, której nie życzyły sobie część państw arabskich i która niosła ryzyko bezpieczeństwa.
Ten gest był odczytywany w Waszyngtonie jako dowód zmiany.
Nowa Polska była gotowa nie tylko mówić o orientacji zachodniej, ale też ponosić koszty decyzji zgodnych z tą orientacją.