Zaufaj „nawigacji”, a będziesz bardzo zadowolony…

A+A-
Zresetuj

Początkowo nawigacje były samodzielnymi urządzeniami.

Pionierami w tej dziedzinie były firmy Philips i Blaupunkt, ale prawdziwy sukces odniosły dopiero TomTom i Garmin, które stworzyły pierwsze urządzenia przenośne, instalowane na uchwytach przyklejanych do szyby.

Zarówno TomTom, jak i Garmin korzystały z własnych map, które użytkownik musiał odpłatnie aktualizować przynajmniej raz w każdym roku kalendarzowym.

O ile dobrze pamiętam, na początku XXI wieku nawigacje samochodowe kosztowały od 1500 do 3000 zł.

Przy ówczesnych średnich zarobkach, około 1500 zł, były na tyle drogie, że większość klientów decydowała się na zakup ratalny.

Taką nawigację Garmina zakupiłem na raty.

W pewnym momencie pojawiły się w Internecie darmowe mapy, które można było wczytywać do urządzeń Garmina.

Oczywiście skorzystałem z takiej możliwości – miałem alternatywę wobec drogiej aktualizacji.

Mapa ta miała wyjątkowo prymitywną grafikę, jakby rysowaną przez dziecko, ale bardzo dokładnie wytyczała trasę.

Nigdy mnie nie zawiodła.

Nawigacja trafia do telefonów

W pewnym momencie telefony komórkowe, nazwane później smartfonami, zostały wyposażone w aplikacje nawigacyjne.

W pierwszych Nokiach pracujących w Symbianie zaczęło to bardzo sprawnie działać.

No i co najważniejsze – mapy były za darmo aktualizowane.

Pomimo maleńkiego ekranu głosowe komendy pozwalały bardzo sprawnie poruszać się po kraju, zwłaszcza w miastach.

I tak jak wielkim uznaniem cieszyły się przenośne urządzenia TomTom i Garmina, tak wielki sukces wkrótce odniosła nawigacja HERE instalowana w smartfonach Nokii, opartych na systemie Windows Phone.

To były złote lata dla tej firmy.

Ludzie kupowali te smartfony właśnie ze względu na ten wspaniały program.

Aplikacja HERE pozwalała na nawigowanie offline i online.

Co to znaczy?

Otóż po raz pierwszy użytkownik mógł wczytywać do aplikacji aktualne mapy wszystkich państw świata i korzystać z nich bez potrzeby kontaktu z siecią komórkową.

Jednocześnie mógł też uruchomić transmisję danych, co dawało bardziej precyzyjną lokalizację i informacje o utrudnieniach na drodze.

To była mała rewolucja.

Google Maps i problem uzależnienia od Internetu

Świat nie stoi w miejscu, a konkurencja nie śpi.

Wkrótce pojawiła się na rynku prawdziwa lawina smartfonów, pracujących w różnych systemach i wyposażonych w coraz lepsze aplikacje nawigacyjne.

Do tego wszystkiego raczkujący wówczas dzisiejszy potentat Google uruchomił usługę Mapy Google.

Początkowo było to tylko miejsce w sieci internetowej, umożliwiające oglądanie całego świata w komputerach z perspektywy satelity.

Potem Mapy Google stały się integralnym systemem nawigacyjnym instalowanym w smartfonach pracujących w systemie Android.

Ale tu nie istniała instalacja map offline.

Ta dziś najpopularniejsza aplikacja nawigacyjna wymaga stałego dostępu do transmisji danych – mówiąc prościej – do Internetu…

Znam bardzo wielu ludzi, którzy utożsamiali nawigację tylko z tą aplikacją i którzy nie rozumieli, dlaczego nagle w środku lasu czy na pustyni, tracąc zasięg sieci komórkowej, tracili nawigację, widząc na ekranie pustkę, całkowitą pustkę…

Brak wiedzy technicznej może bardzo się zemścić.

Nawigacja offline i najlepsze alternatywy

By nie wpaść w takie kłopoty, należało zainstalować w smartfonie nawigację korzystającą z GPS i pracującą w trybie offline, czyli taką, w której zainstalowane były mapy całych państw.

Do najlepszych należały MapFactor Navigator, Sygic, Here, TomTom.

Większość z nich oferowała darmowe aktualizacje, komunikaty drogowe, a nawet wyświetlanie informacji na przedniej szybie.

Ciekawym rozwiązaniem technicznym okazało się instalowanie aplikacji nawigacyjnych w luksusowych markach samochodów, używanych jednocześnie do automatycznego informowania innych kierowców o zdarzeniach na drodze oraz do ratowania uczestników wypadków drogowych.

Gdy nawigacja prowadzi źle

Nie istnieją na świecie rzeczy całkowicie idealne.

I podobnie bywa z nawigacjami samochodowymi.

Od samego początku istnienia tych usług testowałem prawie wszystkie aplikacje i dość często byłem zawiedziony ich funkcjonowaniem.

Na początku denerwował mnie brak możliwości dodawania punktów pośrednich w aplikacji HERE.

Później odkryłem świetnie działającą aplikację Sygic, wykorzystującą mapy TomTom, która na granicy polsko-czeskiej upierała się, bym samochodem skorzystał z pieszego przejścia granicznego.

Po znalezieniu przejścia samochodowego nawigacja skierowała mnie potem na drogę, która ucieszyłaby zwolenników jazdy terenowej.

A tymczasem kilka kilometrów dalej równolegle biegła szeroka, prosta szosa…

Później przez kilka lat używałem czeskiej nawigacji MapFactor Navigator, która wymagała bardzo uważnego ustawienia trasy.

Mały błąd mógł spowodować wytyczenie trasy tylko przez drogi główne albo gorzej – przez drogi lokalne lub nawet gruntowe.

Taki błąd kiedyś popełniłem i moja podróż zamieniła się w koszmar – z szerokiej szosy zjechałem na drogę lokalną, potem szutrową i w końcu jechałem przez pola drogą używaną przez kombajny.

Zrezygnowałem z tej nawigacji, gdy po kolejnej aktualizacji nagle całkowicie wygaszała ekran smartfona.

Przykłady pomyłek w trasie

Mój znajomy, chyba używający Google Maps, podczas podróży z Litwy do Poznania gdzieś na Mazurach zakończył tę podróż na brzegu jeziora…

Inny znajomy wyznaczył trasę do Krynicy i zamiast nad morze pojechał w góry.

Pewnego razu jechałem do klienta w Poznaniu i wytyczyłem trasę na ulicę Hugona Kołłątaja.

Klient długo czekał, bo zupełnie pogubiłem się.

Okazało się, że taka sama ulica istnieje po obu stronach autostrady A2 w odległości dosłownie kilometra, czyli w Poznaniu i na jego przedmieściu – w Luboniu.

Wielu doświadczonych taksówkarzy, używających nawigacji, też tam się pogubiło.

Można mnożyć przykłady wprowadzania w błąd kierowców przez wszystkie aplikacje nawigacyjne.

Każda z nich zawiera jakieś błędy.

Najbardziej typowe to złe kierowanie na rondach – lektor mówi coś innego, a tymczasem mapa prowadzi inaczej…

Jaką nawigację wybrać

Pora na podsumowanie i porady.

Moim zdaniem podczas wyboru nowego smartfona należy dokładnie sprawdzać jego zdolności nawigacyjne, tzn. jakie satelity „widzi”.

Najczęściej chińskie smartfony odbierają wszystkie sygnały satelitarne: amerykański GPS, rosyjski GLONASS, europejski Galileo, chiński BeiDou.

Poza tym należy wybrać najsprawniejszą aplikację i tu polecam do używania w miastach Waze (opartą o Mapy Google i działającą tylko przez Internet) oraz HERE WeGo, która może działać offline, po wczytaniu map.

Google Maps też dobrze działają, ale przypominam, że potrzebują połączenia z Internetem.

Ostatnio można do nich wczytać pewien fragment regionu, w którym będziemy się poruszać.

Równolegle z działającą nawigacją możemy używać w Polsce Yanosika, czyli aplikacji ostrzegającej o zagrożeniach na drodze, włącznie z kontrolami radarowymi.

Wygoda kosztem prywatności

No i życie byłoby piękne i wspaniałe, gdyby nie wykorzystywanie tego systemu do inwigilowania i śledzenia ludzi.

Okazuje się dziś, że nieświadomy użytkownik smartfona jest bez przerwy lokalizowany i wszędzie zostawia ślady.

„Wielki Brat” Google dokładnie wie, gdzie byliśmy, co robiliśmy, co jedliśmy, gdzie i z jaką szybkością jechaliśmy…

Czy tego chcemy?

Czy o tym marzyliśmy?