Samopublikowanie i cenzura w sieci globalnej, czyli prywatne bitwy z globalnymi gigantami

A+A-
Zresetuj

Po wydaniu pierwszych książek zorientowałem się, że dotychczasowy wydawca mnie oszukuje. Natrafiłem wkrótce na forum pisarzy, którzy uskarżali się na wydawców twierdząc, że nie płacili im tantiem, tłumacząc się brakiem sprzedaży. Jednocześnie księgarnie, do których trafiały wydrukowane egzemplarze informowały autorów o wyczerpaniu nakładu. Praktycznie autorzy nie mieli możliwości weryfikacji ilości sprzedanych egzemplarzy, wyczerpaniu nakładów, lub sprzedaży ewentualnych dodruków. Sprawę opisali na tym forum prawdziwi autorzy tzw bestselerów.

Decyzja o samopublikowaniu

Biorąc pod uwagę takie informacje i nadal posiadając prawa autorskie, postanowiłem stać się niezależnym wydawcą i skorzystać z usług tzw „Selfpublish”.

Pierwszym serwisem „Selfpublish”, czyli samopublikowania, na jaki natrafiłem był belgijski Createmybooks. Z wielką radością udało mi się tam wydrukować dotychczasowe i nowe pozycje. Jednakże ceny takich egzemplarzy dla przeciętnego polskiego czytelnika były totalnie zaporowe.

Potem natrafiłem na amerykański Createspace, serwis-podwykonawcę dla największej księgarni świata, czyli Amazona. W Createspace autorzy książek, muzyki i filmów z całego świata mogli umieszczać swoje dzieła używając dowolnego języka. Po kilkudniowej weryfikacji książki, płyty CD i DVD ukazywały się w Amazonie, opatrzone odpowiednimi numerami identyfikacyjnymi – np. ISBN.

Createspace, Amazon i publikowanie książek

Przez następne lata umieściłem w tym serwisie 50 pozycji. Były to zarówno moje książki (w tym tłumaczone na j. angielski) jak również dzieła polskich i zagranicznych pisarzy, które znajdują się w tzw domenie publicznej i do których nikt nie ma praw autorskich i majątkowych. Opracowywałem własne okładki, grafikę, skład tekstu.

Wszystko funkcjonowało perfekcyjnie, ceny książek były bardzo dostępne. Jednakże firma Amazon postanowiła zlikwidować Createspace i przetransferować wszystkie dotychczasowe dzieła do serwisu Kindle, jednocześnie bardzo ograniczając ilość dostępnych języków.

W serwisie pojawiły się bardzo egzotyczne języki, ale język polski zniknął. Od tego momentu Polacy zostali pozbawieni możliwości publikowania i edycji książek w naszym języku.

Blokada książek i usunięcie konta

Pewnego razu „Amazon” do mnie napisał, że ze względu na to iż w moich książkach pt. „Cmentarz szczurów” („The graveyard of rats”) i „Światło” („The Light”) znajdują się treści niezgodne z ich regulaminem, książki zostały zablokowane i wycofane ze sprzedaży. Zostałem ukarany usunięciem mojego konta i 50 moich książek zniknęło z Amazona! Dość długo trwała wymiana bezskutecznej korespondencji. Byli nieugięci w swej decyzji, jednocześnie nie dając żadnej informacji, żadnego uzasadnienia.

Zastanawiałem się nad przyczyną likwidacji konta. Czyżby właściciele Amazona dokładnie czytali moje książki? Nie sądzę. Moje przypuszczenia i hipotezy zaczęły się obracać wokół mediów społecznościowych.

Otóż na Facebooku często uczestniczyłem w dyskusjach politycznych i byłem autorem tzw „memów”, czyli grafik ośmieszających poczynania niektórych polityków. Do najbardziej popularnych należał posążek Oscara z głową Donalda Tuska podpisany „Prawdziwy Oskar z Amber Gold”. Przypuszczałem zatem, że ktoś nie wytrzymał ciśnienia i złożył na mnie donos w Amazonie.

Przez pół roku odzyskiwałem utracone książki i za pomocą pewnego fortelu udało mi się ponownie wstawić do Amazona.

Blokada konta na Facebooku

Pewnego dnia zablokowane zostało moje wieloletnie konto na Facebooku.

Otrzymałem e-mail informujący, że jestem zablokowany na 24 godziny ze względu na naruszenie regulaminu. Przycisk umożliwiający odwołanie był nieaktywny. Potem otrzymałem e-mail żądający przysłania numeru telefonu w celu ponownej aktywacji konta.

Po wysłaniu numeru telefonu otrzymałem kolejny e-mail, tym razem żądający skanu dowodu tożsamości. Zgodnie z tym „życzeniem” wysłałem skan legitymacji szkolnej z 1974 roku. Czekałem na ewentualną odpowiedź sugerującą nieważność takiego dokumentu. W następnym e-mailu jakiś pan „Piotr” poinformował mnie o nieodwołalnym i „dożywotnim” zamknięciu mojego konta.

Hipotetyczne dwie przyczyny blokad

Pierwsza hipoteza

W dyskusji o LGBT, w której komentatorzy umieszczali „wybitne” homoseksualne postacie historyczne, umieściłem zdjęcie i życiorys Ernsta Röhma (szefa SA) jako przykład męczennika, który poniósł śmierć z rąk Adolfa Hitlera i oddziału SS tylko dlatego, że urządzał orgie homoseksualne. Zaproponowałem wyniesienie go na sztandary ruchu LGBT…

Druga hipoteza

W grupie „Poznań w czasach PRL i nie tylko” ktoś umieścił post będący linkiem do Gazety Wyborczej, w którym opisywano wielką krzywdę dwóch żydowskich wykładowców, którzy w okresie międzywojennym nie zostali dopuszczeni do katedry.

Wspomniałem o niechlubnej roli ludności żydowskiej podczas Powstania Wielkopolskiego i ich wielkiej emigracji z Poznania do Niemiec w związku z zerwaniem więzi biznesowych. W komentarzu do artykułu napisałem, że wywoływana jest bzdurna dyskusja na podstawie jakiegoś artykułu z „judeogazety”.

Świadomie użyłem tego terminu, bowiem Barbara Engelking w dniu 15 maja 2019 roku, podczas gali i wręczania nagród nazwała Gazetę Wyborczą gazetą żydowską. Naskoczyli na mnie komentatorzy pisząc, że jestem antysemitą, używając obraźliwego epitetu „judeogazeta”.

Konto zamknięte bez odwołania

Ponad dziesięcioletnie konto Facebook zamknięto bez możliwości odwołania i bez podania uzasadnienia… Okazało się również, że system informatyczny Facebooka został na tyle udoskonalony, że rozpoznaje sprzęt z jakiego dokonywane są próby tworzenia fikcyjnych kont.

Przypuszczam, że system rozpoznaje numery seryjne komputerów, oraz numery telefonów komórkowych.

Konkluzja

Serwisy takie jak Twitter, Facebook, Instagram oprócz zadań społecznościowych, stały się dziś potężnym narzędziem kształtowania opinii publicznej. Teraz każdy użytkownik komputera lub smartfona może przekazać na cały świat zdjęcia i filmy z wydarzeń jakich był świadkiem. Jednocześnie może też spreparować nieprawdziwe informacje.

Właściciele serwisów społecznościowych, zależnie od „wyznawanej” ideologii, cenzurują treści, a nawet blokują niewygodnych internautów.

Casus Chin, w których każdy obywatel jest perfekcyjnie i totalnie inwigilowany i w których nie wolno publikować „niesłusznych” treści jest straszliwym memento dla „pozornie wolnego świata”. Przeciętny Chińczyk nie zna wyżej wymienionych aplikacji. W Chinach króluje WeChat i Wielka Zapora Sieciowa…

A my? Żyjemy w równoległym Matriksie…