Afera Epsteina: system, który potrzebuje lęku

A+A-
Zresetuj

Prawdziwa natura systemu nie polega wyłącznie na rządzeniu ludźmi.
Polega na hodowaniu ich stanów emocjonalnych.

Jednym z największych uproszczeń współczesnego myślenia o władzy jest sprowadzanie jej wyłącznie do polityki, pieniędzy, instytucji i formalnych narzędzi wpływu.

Owszem, są to elementy istotne, lecz być może jedynie powierzchniowe.

Coraz częściej bowiem odnosi się wrażenie, że prawdziwa skuteczność systemu nie polega wyłącznie na organizowaniu życia zbiorowego, lecz na czymś znacznie głębszym: na zdolności kształtowania ludzkich stanów psychicznych i emocjonalnych.

W tym sensie tzw. afera Epsteina nie jawi się jedynie jako skandal obyczajowy elit, lecz jako niepokojący symptom szerszego mechanizmu – takiego, w którym okrucieństwo, bezkarność i spektakl moralnego rozkładu tworzą razem narzędzie oddziaływania na psychikę społeczną.

Władza jako administracja i władza jako penetracja psychiki

Przywykliśmy myśleć o systemie w kategoriach zewnętrznych.

Państwo, kapitał, media, wpływowe sieci, lobbing, aparat prawny, organizacja życia publicznego – wszystko to wydaje się tworzyć pełny obraz nowoczesnej dominacji.

Jest to jednak obraz niekompletny.

Opisuje bowiem głównie instrumenty, a nie cel ostateczny.

Tymczasem być może najistotniejsze nie jest to, że system potrafi człowiekiem zarządzać, lecz to, że potrafi wejść w jego wnętrze.

Nie tylko organizować jego czas, pracę, konsumpcję i język, ale także modelować jego przeżycia: lęk, bezsilność, zawstydzenie, dezorientację, szok, moralne zmęczenie.

W takim ujęciu władza przestaje być jedynie strukturą zewnętrzną.

Staje się techniką przenikania psychiki.

Wówczas emocje nie są już wyłącznie prywatną materią człowieka.

Stają się polem oddziaływania, a być może również zasobem.

Od skandalu do symptomu

W tym właśnie miejscu warto zatrzymać się przy sprawie Epsteina.

Odczytana powierzchownie, wpisuje się ona w dobrze znany repertuar współczesnej dekadencji: bogactwo, perwersja, przemoc, szantaż, władza, osłona środowiskowa, medialna fascynacja i moralne oburzenie opinii publicznej.

Wszystko to można potraktować jako kolejny dowód upadku „elit”.

Taka interpretacja wydaje się jednak zbyt wygodna.

Zamyka problem w formule „zepsutych jednostek”, pozwalając zachować wiarę, że mamy do czynienia z odstępstwem od normy, a nie z przejawem głębszej logiki.

A przecież to właśnie ta sprawa tak silnie opiera się kategorii wyjątku.

Zbyt wiele tu ochrony, zbyt wiele logistycznej trwałości, zbyt wiele stref wpływu, zbyt wiele nazwisk krążących wokół tego samego centrum grawitacyjnego.

W pewnym momencie przestaje chodzić o osobistą deprawację konkretnego człowieka.

Zaczyna chodzić o środowisko, które nie tylko toleruje zło, ale potrafi je osłaniać, stabilizować, a więc pośrednio uznawać za funkcjonalne.

I właśnie to budzi niepokój najgłębszy.

Pytanie zasadnicze: nie „co się wydarzyło?”, lecz „czemu to służy?”

Każda powierzchowna analiza zatrzymuje się na opisie faktów.

Kto był zaangażowany, kto bywał w określonych miejscach, kto kogo chronił, kto milczał, kto udawał, że nie widzi.

Jest to poziom konieczny, lecz niewystarczający.

Prawdziwe zrozumienie zaczyna się dopiero wtedy, gdy pytanie przesuwa się z poziomu zdarzenia na poziom funkcji.

Nie tylko: co się wydarzyło?

Ale: czemu to służy?

Po co tworzyć przestrzenie, w których możliwe są tak skrajne formy wykorzystania, przemocy i moralnego rozkładu?

Po co wokół takich postaci utrzymywać ochronny kokon wpływu?

Po co przez lata stabilizować układ, który z punktu widzenia elementarnego odruchu etycznego powinien zostać natychmiast unicestwiony?

W tej perspektywie sama zbrodnia przestaje być jedynym centrum uwagi.

Ważne staje się również to, co ona wytwarza – nie tylko w ofierze, ale również w sprawcach, świadkach i społeczeństwie.

Produkcja stanów

Ofiara staje się w takim mechanizmie miejscem wytwarzania stanów skrajnych: terroru, rozpaczy, upokorzenia, rozbicia.

Świadkowie i współuczestnicy wchodzą w inny rejestr emocjonalny: odczłowieczenia, cynizmu, pogardy, poczucia bezkarności i metafizycznej niemal separacji od zwykłych norm moralnych.

Społeczeństwo z kolei otrzymuje swój własny produkt uboczny: szok, obrzydzenie, niedowierzanie, a w końcu zmęczenie i odrętwienie.

Właśnie tutaj ujawnia się zasadnicza intuicja tego sposobu myślenia: zło nie oddziałuje wyłącznie lokalnie.

Ono rozchodzi się z miejsca zdarzenia na język, kulturę, zbiorową wyobraźnię, poczucie sprawczości i brak wiary w istnienie jakiegokolwiek trwałego ładu moralnego.

Jeżeli tak, to nie mamy już do czynienia z pojedynczym skandalem.

Mamy do czynienia z mechanizmem produkcji stanów emocjonalnych.

Struktura bezkarności

Jednym z najbardziej niepokojących aspektów tej perspektywy jest dostrzeżenie, że bezkarność sama w sobie staje się elementem komunikatu.

Nie chodzi już tylko o to, że wpływowi ludzie unikają odpowiedzialności.

Chodzi o to, że społeczeństwo ma to widzieć.

Ma widzieć, że istnieje poziom świata, na którym obowiązują inne reguły.

Ma zobaczyć, że prestiż potrafi osłonić potworność.

Ma pojąć, że są kręgi, w których moralność nie jest fundamentem, lecz dekoracją dla tych, którzy jej wymagają od innych, sami pozostając ponad nią.

Taka lekcja działa głęboko destrukcyjnie.

Nie dlatego, że wywołuje natychmiastowy bunt.

Znacznie częściej rodzi coś dla systemu cenniejszego: pęknięcie psychiczne, utratę zaufania do sensu reakcji, przekonanie, że skala obłudy jest zbyt wielka, by można było ją naruszyć.

Człowiek przestraszony jeszcze czasem reaguje.

Człowiek zszokowany jeszcze czasem protestuje.

Ale człowiek wewnętrznie złamany skalą bezkarności zaczyna się wycofywać.

I być może właśnie ten stan jest najważniejszym efektem ubocznym.

Elity i wspólnota winy

Tego rodzaju spraw nie sposób analizować wyłącznie w języku prawa karnego, choć oczywiście także on ma tu znaczenie.

Problem polega na tym, że kategoria przestępstwa nie obejmuje całej symbolicznej i systemowej treści zjawiska.

Jeżeli wokół podobnych postaci gromadzą się nazwiska z najwyższych pięter polityki, finansów, mediów i świata celebryckiego, wówczas przestajemy patrzeć na zwykłą dewiację jednostki.

Zaczynamy patrzeć na strefę szczególnego zagęszczenia wpływu, tajemnicy i kompromitacji.

A kompromitacja, zwłaszcza wspólna, bywa jednym z najmocniejszych spoiw elitarnych.

Tworzy wspólnotę winy.

A wspólnota winy jest często znacznie trwalsza niż wspólnota poglądów czy interesów.

Łączy bowiem nie przez deklarację, ale przez wzajemne uwikłanie.

Z tej perspektywy bezkarność nie jest błędem systemu.

Jest jednym z jego najbardziej wymownych rytuałów.

System, który potrzebuje lęku

Wróćmy więc do tezy zasadniczej.

Być może prawdziwa natura systemu nie polega wyłącznie na rządzeniu ludźmi.

Być może jego głębsza logika polega na hodowaniu ich stanów emocjonalnych.

Polityka jest wtedy potrzebna, by wyznaczać ramy.

Media – by rozprowadzać impulsy.

Finanse – by organizować przepływ wpływu.

Ale wszystko to pozostaje niepełne, dopóki nie dojdzie do oddziaływania na psychikę.

System trwa naprawdę dopiero wtedy, gdy społeczeństwo nauczy się żyć w permanentnym napięciu.

Gdy przyzwyczai się do tego, że zło na szczytach może pozostawać nietykalne.

Gdy zacznie traktować moralny rozkład jako część krajobrazu, a nie wydarzenie alarmowe.

Gdy szok przekształci się w znużenie, a znużenie w bierność.

To właśnie dlatego podobne afery mogą pełnić funkcję podwójną.

Z jednej strony stają się miejscem realnego generowania skrajnych doświadczeń u ofiar.

Z drugiej – po ujawnieniu pracują już na poziomie masowej psychiki, rozbijając jej zaufanie do sensu, ładu i sprawiedliwości.

Matrix bez kabli

W tym sensie współczesny Matrix nie musi przypominać fantazji o kapsułach, przewodach i maszynach podłączonych do ludzkich ciał.

Jego nowoczesna forma może być znacznie subtelniejsza i właśnie dlatego skuteczniejsza.

Nie trzeba człowieka fizycznie więzić, aby go eksploatować.

Wystarczy umieścić go w świecie nieustannie produkującym lęk, traumę, chaos, upokorzenie i poznawczy zamęt.

Wystarczy stworzyć rzeczywistość, która nie tyle odbiera wolność w sposób jawny, ile podkopuje zdolność wewnętrznego oporu.

Człowiek może wtedy formalnie pozostawać wolny, a zarazem psychicznie funkcjonować w warunkach permanentnej tresury.

I być może właśnie to jest najistotniejsze: że prawdziwa dominacja nie potrzebuje już wyłącznie przymusu.

Wystarcza jej emocjonalna architektura świata.

Oskarżenie

Dlatego sprawa Epsteina, odczytywana w tym kluczu, nie jest jedynie marginesem nowoczesności.

Jest raczej jej ciemnym oskarżeniem.

Pokazuje bowiem, że pod oficjalną narracją o instytucjach, reputacji, pieniądzu i prestiżu może działać znacznie bardziej pierwotny i drapieżny mechanizm — taki, który nie zadowala się kontrolą ciał i zachowań, lecz sięga po coś bardziej wewnętrznego.

Po ludzki strach.

Po ludzką bezradność.

Po ludzkie odrętwienie.

A wtedy człowiek przestaje być jedynie obywatelem, pracownikiem czy wyborcą.

Staje się źródłem emocjonalnego surowca.

Zakończenie

Być może więc największą naiwnością współczesnego człowieka nie jest to, że przecenia władzę polityki, lecz to, że nie dostrzega, jak głęboko władza potrafi wejść w psychikę.

Bo jeśli system naprawdę nauczył się zarządzać nie tylko naszym zachowaniem, ale również naszym lękiem, szokiem i poczuciem bezsilności, to jego najważniejsze zwycięstwo nie dokonuje się w parlamentach, bankach czy redakcjach.

Dokonuje się w człowieku.

Prawdziwa natura systemu nie polega wyłącznie na rządzeniu ludźmi.

Polega na hodowaniu ich stanów emocjonalnych.