Spis treści
Gdy procedury ochronne stają się narzędziem manipulacji, państwo przestaje chronić prześladowanych, a zaczyna nagradzać tych, którzy najlepiej nauczyli się oszukiwać.
Śledztwa medialne, wypowiedzi komentatorów i coraz liczniejsze przykłady nadużyć każą postawić pytanie zasadnicze: czy europejski system azylowy nadal służy ochronie ludzi rzeczywiście zagrożonych, czy coraz częściej funkcjonuje jako mechanizm, który można cynicznie rozegrać?
Jeśli za pieniądze da się kupić instrukcję, jak upozorować prześladowanie i obejść procedury, problem przestaje dotyczyć migracji.
Zaczyna dotyczyć kondycji państwa, jakości prawa i granic politycznej naiwności.
Europejski system azylowy był projektowany jako instrument ochrony dla tych, którzy naprawdę uciekają przed wojną, terrorem, represją czy śmiercią.
Sens tego rozwiązania opierał się na prostym założeniu: państwo cywilizowane potrafi odróżnić człowieka prześladowanego od człowieka, który próbuje wykorzystać procedurę do własnych celów.
Coraz więcej wskazuje jednak na to, że właśnie ta zdolność rozróżniania słabnie na naszych oczach.
Jeżeli prawdą jest, że nielegalni migranci mogą uzyskać od doradców czy prawników gotowe scenariusze, jak prezentować się przed urzędami, jak budować wiarygodną legendę, jak stylizować profile w mediach społecznościowych i jakie elementy biografii eksponować, by zwiększyć szanse na azyl, to problem dawno przestał być marginalny.
W takim układzie nie chodzi już o wyjątki, lecz o mechanizm.
A mechanizm ten podważa nie tylko wiarygodność procedur azylowych, lecz także zdolność państwa do obrony własnej powagi.
Procedura, którą można rozegrać
Najbardziej niepokojące w opisywanym procederze nie jest samo kłamstwo.
Kłamstwo było obecne w każdej epoce i w każdej dziedzinie życia publicznego.
Niepokój budzi raczej to, że kłamstwo coraz częściej przybiera formę profesjonalnie przygotowanej usługi.
Nie mamy więc do czynienia z przypadkową próbą oszustwa, lecz z systematycznym modelowaniem tożsamości pod potrzeby instytucji.
Raz ma to być odpowiednio przedstawiona orientacja seksualna.
Innyn razem nagła konwersja religijna.
Jeszcze innym — odpowiednio rozegrana historia zagrożenia po powrocie do kraju pochodzenia.
Istotą całego procederu nie jest przecież ujawnienie prawdy, lecz skonstruowanie narracji, której państwo nie będzie chciało lub nie będzie umiało podważyć.
Azyl przestaje wówczas być odpowiedzią na realne prześladowanie.
Staje się nagrodą za skuteczne dopasowanie się do kodów, których oczekuje system.
To właśnie tutaj pojawia się zasadniczy problem polityczny.
Państwo, które nie potrafi odróżnić autentycznego zagrożenia od sprawnie wyprodukowanej opowieści, traci kontrolę nad jednym z najbardziej wrażliwych obszarów swojej suwerenności.
Nie decyduje już według prawdy, lecz według siły oddziaływania określonej historii.
A to oznacza, że procedura ochronna zostaje podporządkowana nie rzeczywistości, lecz performansowi.
Polityczna poprawność jako paraliż weryfikacji
Nie sposób analizować tego zjawiska bez odniesienia do klimatu ideologicznego, w którym europejskie instytucje funkcjonują od lat.
Problemem nie jest sama ostrożność wobec ludzkiego losu.
Problemem staje się sytuacja, w której urzędnik zaczyna obawiać się weryfikacji bardziej niż błędu.
Jeżeli zakwestionowanie nieścisłości grozi oskarżeniem o homofobię, ksenofobię, nietolerancję czy religijne uprzedzenia, to procedura przestaje być przestrzenią rozpoznawania faktów.
Zaczyna być przestrzenią psychologicznego i politycznego nacisku.
W takim modelu państwo nie nagradza już prawdomówności, lecz zdolność do poruszania się po katalogu uprzywilejowanych kategorii moralnych.
Powstaje sytuacja paradoksalna: im bardziej system chce uchodzić za wrażliwy, tym bardziej staje się podatny na manipulację.
Im mocniej chce demonstrować humanitaryzm, tym łatwiej pozwala, by jego język został przechwycony przez ludzi, którzy nauczyli się mówić dokładnie to, co należy powiedzieć, by uruchomić ochronny odruch instytucji.
To nie jest drobna wada biurokracji.
To jest problem cywilizacyjny.
Państwo nie może działać na podstawie emocjonalnego szantażu, nawet jeśli ten szantaż został opakowany w słownictwo praw człowieka.
Jeżeli lęk przed oskarżeniem okazuje się silniejszy niż obowiązek rzetelnej oceny, państwo przestaje być arbitrem.
Staje się zakładnikiem własnej ideologii.
Kryzys sprawiedliwości wobec obywatela
Być może najbardziej destrukcyjny wymiar tego procesu ujawnia się nie w samych procedurach migracyjnych, lecz w tym, jak wpływają one na obywatela państwa przyjmującego.
To on ma pracować, płacić podatki, respektować przepisy, czekać na decyzje administracyjne, udowadniać swoją uczciwość i utrzymywać system, który coraz częściej nie potrafi odróżnić uczciwości od cynicznej gry.
W tym samym czasie pojawiają się osoby, których pierwszym rzeczywistym aktem wobec nowego państwa staje się oszustwo lub próba obejścia reguł.
Nie przyjeżdżają, by wejść w porządek prawny, lecz by zidentyfikować jego słabości i przekuć je w korzyść.
Jeżeli w takiej sytuacji system oferuje im ochronę, świadczenia, czas, wsparcie i domniemanie moralnej racji, obywatel zaczyna dostrzegać coś więcej niż niesprawiedliwość.
Zaczyna dostrzegać odwrócenie zasad.
To prowadzi do erozji zaufania na poziomie najbardziej podstawowym.
Człowiek, który widzi, że prawo premiuje spryt, a nie lojalność wobec wspólnoty, przestaje traktować państwo jako przestrzeń sprawiedliwości.
Zaczyna postrzegać je jako aparat, który nie broni porządku, lecz zarządza jego rozkładem.
Żadne państwo nie utrzyma stabilności, jeśli jego obywatele nabiorą przekonania, że system działa skuteczniej na rzecz tych, którzy potrafią go oszukać, niż na rzecz tych, którzy go utrzymują.
Fałszywy humanitaryzm szkodzi także naprawdę prześladowanym
W debacie publicznej często pomija się jeszcze jeden aspekt tej sprawy.
Nadużywanie procedur azylowych nie uderza wyłącznie w podatnika, administrację i bezpieczeństwo publiczne.
Uderza również w ludzi, którzy rzeczywiście potrzebują ochrony.
Im więcej fałszywych narracji, tym słabsza wiarygodność całego systemu.
Im więcej wyuczonych scenariuszy i profesjonalnie przygotowanych legend, tym trudniej odróżnić autentyczne cierpienie od starannie wyreżyserowanej historii.
W konsekwencji to właśnie człowiek realnie prześladowany staje się ofiarą systemu przejętego przez oszustów.
Jego sprawa tonie w masie wniosków, których wspólną cechą nie jest prawda, lecz skuteczność retoryczna.
Procedury się wydłużają, rośnie sceptycyzm, maleje zaufanie, a państwo coraz mniej wierzy komukolwiek.
W ten sposób fałszywy humanitaryzm nie chroni ofiar.
On je zasłania, kompromituje i odsuwa na dalszy plan.
To jedna z najbardziej przewrotnych konsekwencji europejskiej polityki migracyjnej ostatnich lat.
Pod sztandarem ochrony słabszych wyhodowano przestrzeń, w której najlepiej radzą sobie nie najsłabsi, lecz najbardziej cyniczni.
Państwo, które boi się nazywać rzeczy po imieniu
Istota kryzysu polega również na tym, że znaczna część elit politycznych i medialnych unika języka adekwatnego do skali zjawiska.
Zorganizowane oszustwo nie jest nazywane zorganizowanym oszustwem.
Nadużycie nie jest nazywane nadużyciem.
Pasożytniczy model wykorzystywania systemu jest neutralizowany słownictwem proceduralnym, psychologicznym albo moralizatorskim.
To nie jest przypadek.
Tak działa współczesna europejska technika rozmywania odpowiedzialności.
Zamiast jasnych kategorii pojawia się język miękki, rozwodniony, pełen zastrzeżeń i asekuracji.
Dzięki temu instytucje nie muszą odpowiadać na pytanie, dlaczego nie potrafią weryfikować oczywistych nadużyć.
Wystarczy, że będą mówiły o „złożoności problemu”, „wrażliwości społecznej” i „konieczności zachowania równowagi”.
Tymczasem żadna wspólnota polityczna nie przetrwa długo, jeśli nie będzie umiała nazwać podstawowego faktu: system, który można kupić, obejść i zmanipulować, przestaje być systemem sprawiedliwym.
Staje się systemem słabym.
A słabość instytucjonalna wcześniej czy później przekłada się na chaos społeczny.
To nie jest problem odległy od Polski
Największym złudzeniem byłoby uznanie, że zjawiska obserwowane dziś w Wielkiej Brytanii, Niemczech czy Francji nie dotyczą Polski.
Europa Zachodnia od dawna funkcjonuje jako laboratorium procesów, które później, pod innymi hasłami i z niewielkim opóźnieniem, próbuje się przenosić dalej.
To, co tam zostaje oswojone jako „nowy standard”, wcześniej czy później pojawia się również tutaj — w języku mediów, w praktyce instytucji, w presji ideologicznej i w polityce prawa.
Dlatego mówienie o zachodnich patologiach migracyjnych nie jest wyłącznie analizą cudzych błędów.
Jest próbą rozpoznania kierunku, w którym można zostać wepchniętym także u nas.
Zawsze odbywa się to podobnie: najpierw pojawia się język moralnego nacisku, potem oskarżenie wobec tych, którzy chcą stawiać pytania, następnie rozmontowanie zdolności do realnej weryfikacji, a na końcu obywatel słyszy, że ma zaakceptować skutki procesu, którego nigdy nie chciał.
Jeżeli Polska nie wyciągnie wniosków z doświadczeń państw zachodnich, powtórzy ich błędy z całą ich przewidywalnością.
Oznacza to nie tylko napięcia społeczne i erozję bezpieczeństwa, lecz także trwałe podważenie zaufania do samej idei państwa.
Europa nie może funkcjonować jako łatwy cel
Na końcu pozostaje kwestia najważniejsza.
Państwo ma obowiązek chronić tych, którzy naprawdę są prześladowani.
Ale ma również obowiązek chronić własny porządek prawny przed ludźmi, którzy nauczyli się traktować ten porządek jak zestaw luk do wykorzystania.
Humanitaryzm bez weryfikacji nie jest cnotą polityczną.
Jest receptą na rozkład instytucji.
Europa przez zbyt długi czas próbowała przedstawiać własną bezbronność jako wyraz moralnej wyższości.
Dziś coraz wyraźniej widać, że ten model nie prowadzi do sprawiedliwości ani pokoju społecznego.
Prowadzi do sytuacji, w której uczciwy obywatel płaci, oszust korzysta, administracja się boi, a państwo traci zdolność obrony samego siebie.
Jeżeli system azylowy można skutecznie rozegrać przy pomocy dobrze napisanej narracji, odpowiednio przygotowanych zdjęć i wsparcia ludzi, którzy z tego żyją, to znaczy, że problem nie leży już w jednostkowych patologiach.
Problem leży w samym sercu modelu, który przestał odróżniać współczucie od kapitulacji.
I właśnie dlatego nie chodzi dziś jedynie o migrację.
Chodzi o pytanie znacznie poważniejsze: czy Europa chce jeszcze być wspólnotą zdolną do ochrony własnych granic, prawa i obywateli, czy już tylko przestrzenią, którą najłatwiej przejmują ci, którzy najlepiej nauczyli się mówić językiem jej słabości.
