Operacja Mockingbird – CIA, media i system wpływu

A+A-
Zresetuj

Przez lata „Operacja Mockingbird” stała się niemal synonimem tajnego sterowania mediami przez CIA. W internecie można znaleźć diagramy łączące agencję z największymi gazetami, stacjami telewizyjnymi, wydawcami i setkami dziennikarzy. Problem w tym, że historia jest jednocześnie bardziej skomplikowana i bardziej interesująca niż popularna legenda.

Nie istnieje jeden odtajniony dokument CIA opisujący wielki program pod nazwą „Operation Mockingbird”, którego zadaniem byłoby przejęcie kontroli nad całymi amerykańskimi mediami. Istnieją natomiast dokumenty, raporty Kongresu i zeznania potwierdzające coś bardzo konkretnego: CIA przez lata utrzymywała tajne relacje z dziennikarzami, korzystała z mediów jako przykrywki dla swoich ludzi, zbierała za ich pośrednictwem informacje i prowadziła rozbudowane operacje propagandowe za granicą.

Co więcej, kryptonim Project MOCKINGBIRD rzeczywiście pojawia się w dokumentach CIA. Dotyczył jednak konkretnej operacji z 1963 roku: podsłuchiwania dwóch waszyngtońskich dziennikarzy podejrzewanych o otrzymywanie tajnych informacji.

Dlatego historię Mockingbird warto opowiedzieć nie jako teorię o jednym wszechpotężnym programie, lecz jako opowieść o zimnowojennym systemie wpływu, w którym granica między dziennikarstwem, propagandą i działalnością wywiadowczą potrafiła praktycznie zanikać.

Zimna wojna toczyła się również o informacje

Pod koniec lat 40. Waszyngton coraz wyraźniej traktował konflikt ze Związkiem Radzieckim jako walkę, której nie można wygrać wyłącznie wojskiem. Znaczenie miało również to, co ludzie w Europie, Azji i Ameryce Łacińskiej czytają, czego słuchają i jak interpretują wydarzenia polityczne.

W czerwcu 1948 roku dyrektywa Rady Bezpieczeństwa Narodowego NSC 10/2 dała CIA szeroki mandat do prowadzenia działań tajnych. Dokument wymieniał wprost propagandę, wojnę gospodarczą, wspieranie podziemia i inne operacje, które miały być prowadzone w taki sposób, aby odpowiedzialność rządu Stanów Zjednoczonych pozostawała ukryta.

Jednym z ludzi odpowiedzialnych za rozwijanie tego systemu był Frank Wisner, kierujący utworzonym w 1948 roku Office of Policy Coordination. OPC szybko stało się jednym z głównych narzędzi amerykańskiej wojny politycznej.

Nie chodziło wyłącznie o publikowanie prostych ulotek antykomunistycznych. Znacznie skuteczniejsze było stworzenie sytuacji, w której przekaz wyglądał na niezależny. Artykuł napisany przez miejscowego dziennikarza, audycja przygotowana przez emigrantów albo czasopismo wydawane przez cenionych intelektualistów miały znacznie większą wiarygodność niż komunikat podpisany przez rząd Stanów Zjednoczonych.

Tak powstawała infrastruktura obejmująca radio, prasę, wydawnictwa, organizacje emigracyjne, stowarzyszenia studentów i środowiska kulturalne.

Jednym z najbardziej znanych przedsięwzięć było Radio Free Europe. National Committee for a Free Europe powstał w 1949 roku, a CIA zapewniała jego działalności tajne finansowanie. Pierwsze regularne audycje Radia Wolna Europa rozpoczęły się w 1950 roku.

Informacja nie była dodatkiem do zimnej wojny. Informacja była jednym z jej pól walki.

Dziennikarz miał coś, czego potrzebował wywiad

Korespondent zagraniczny był dla służby wywiadowczej wyjątkowo atrakcyjnym kontaktem. Mógł legalnie podróżować, rozmawiać z politykami, wojskowymi, przedsiębiorcami i dyplomatami. Zadawanie pytań należało do jego zawodu. Notatnik pełen nazwisk nie wzbudzał podejrzeń.

Dziennikarz miał również dostęp do miejsc i ludzi, do których oficjalny przedstawiciel amerykańskiej administracji mógł nigdy nie dotrzeć.

Czasem współpraca oznaczała przekazywanie informacji po powrocie z zagranicy. W innych przypadkach dziennikarz otrzymywał konkretne zadanie. CIA wykorzystywała również osoby pracujące w mediach jako pośredników lub przykrywkę dla własnych funkcjonariuszy.

Nie wszystkie relacje wyglądały tak samo. Nie każdy dziennikarz pozostający w kontakcie z CIA był jej agentem, podobnie jak rozmowa reportera z funkcjonariuszem wywiadu nie oznacza automatycznie tajnej współpracy.

To właśnie ta różnorodność później bardzo utrudniała określenie skali zjawiska.

Byli ludzie pobierający pieniądze. Byli współpracownicy wykonujący konkretne zadania. Byli korespondenci przekazujący informacje okazjonalnie. Byli również przedstawiciele organizacji medialnych pomagający zapewniać przykrywkę funkcjonariuszom CIA.

Granica między źródłem informacji, patriotycznym współpracownikiem, tajnym agentem i zwykłym dziennikarzem utrzymującym kontakty z administracją nie zawsze była oczywista.

Co naprawdę odkryła komisja Churcha

Przez wiele lat większość tych relacji pozostawała poza publiczną kontrolą. Sytuacja zmieniła się w latach 70., gdy po Watergate, ujawnieniu nielegalnych działań służb i kolejnych przeciekach Kongres rozpoczął szerokie dochodzenie dotyczące amerykańskiego aparatu wywiadowczego.

W 1975 roku powołano senacką komisję kierowaną przez senatora Franka Churcha. Jej raporty stały się jednym z najważniejszych źródeł wiedzy o działaniach CIA, FBI i NSA w pierwszych dekadach zimnej wojny.

W części dotyczącej relacji CIA z mediami komisja stwierdziła, że do lutego 1976 roku agencja utrzymywała tajne związki z około 50 amerykańskimi dziennikarzami lub pracownikami amerykańskich organizacji medialnych.

Około połowa tych relacji miała charakter płatny. Obejmowały one zarówno osoby regularnie pracujące dla CIA, jak i dziennikarzy otrzymujących wynagrodzenie za konkretne usługi, zwrot kosztów albo okazjonalne gratyfikacje.

Komisja ustaliła również, że ponad tuzin amerykańskich organizacji medialnych i wydawnictw zapewniało w przeszłości przykrywkę funkcjonariuszom CIA działającym za granicą. W kilku przypadkach same organizacje nie wiedziały, że są w taki sposób wykorzystywane.

Jeszcze większa była sieć zagraniczna. Raport mówił o kilkuset osobach na świecie zapewniających CIA informacje i niekiedy uczestniczących w próbach wpływania na zagraniczną opinię publiczną poprzez tajną propagandę.

Dawało to dostęp do gazet, czasopism, agencji prasowych, stacji radiowych, telewizji oraz wydawnictw książkowych.

Te liczby są ważne, ponieważ pochodzą nie z internetowych rekonstrukcji, lecz z oficjalnego dochodzenia Senatu Stanów Zjednoczonych.

Skąd zatem wzięło się „400 dziennikarzy”?

Rok po raporcie komisji Churcha dziennikarz Carl Bernstein, wcześniej jeden z reporterów ujawniających aferę Watergate, opublikował w magazynie „Rolling Stone” obszerne śledztwo zatytułowane The CIA and the Media.

Bernstein twierdził, że w ciągu około 25 lat ponad 400 amerykańskich dziennikarzy wykonywało zadania dla CIA albo pozostawało z agencją w różnego rodzaju tajnych relacjach. Powoływał się na rozmowy z byłymi funkcjonariuszami oraz dokumenty CIA.

To właśnie ta liczba zaczęła później żyć własnym życiem.

Nie należy jednak przedstawiać jej jako ustalenia komisji Churcha. Senacki raport mówił o około 50 aktywnych relacjach istniejących w momencie wprowadzania nowych zasad w 1976 roku. Bernstein opisywał znacznie dłuższy okres i stosował szersze kryterium współpracy.

Obie liczby mogą więc dotyczyć różnych rzeczy, ale nie powinny być ze sobą mieszane.

To dobry przykład tego, jak historia Mockingbird została z czasem uproszczona. Kilka różnych programów, metod działania i okresów zaczęto przedstawiać jako elementy jednego centralnie zarządzanego systemu noszącego wspólny kryptonim.

Project MOCKINGBIRD naprawdę istniał — ale był czymś innym

W odtajnionych aktach CIA znajduje się dokument zatytułowany „Project MOCKINGBIRD”. Opisuje działalność prowadzoną między 12 marca a 15 czerwca 1963 roku.

Nie chodziło o rekrutowanie setek dziennikarzy.

Celem było ustalenie źródeł przecieków tajnych informacji do dwóch waszyngtońskich publicystów. CIA zainstalowała podsłuchy telefoniczne w ich biurze oraz domach. Operację przeprowadzono przy udziale wysokich przedstawicieli agencji, a dokument wskazuje na koordynację z najważniejszymi osobami odpowiedzialnymi wówczas za bezpieczeństwo państwa.

Podsłuch pozwolił zidentyfikować kontakty dziennikarzy. Wśród nich znajdowali się inni reporterzy, senatorowie, członkowie Izby Reprezentantów, pracownicy Kongresu oraz urzędnicy administracji.

To właśnie ten program jest najlepiej udokumentowanym przypadkiem użycia kryptonimu MOCKINGBIRD przez CIA.

I tu pojawia się paradoks. Prawdziwy Project MOCKINGBIRD był operacją wymierzoną w dziennikarzy, podczas gdy popularna „Operation Mockingbird” opisuje przede wszystkim wykorzystywanie dziennikarzy przez CIA.

Obie historie dotyczą relacji służb z mediami, ale nie są tym samym programem.

Propaganda skuteczniejsza, gdy nie wygląda jak propaganda

Znacznie ważniejszy od samego kryptonimu był system tajnego finansowania i wspierania instytucji zdolnych wpływać na opinię publiczną za granicą.

Jednym z najlepiej udokumentowanych przykładów pozostaje Congress for Cultural Freedom, powstały w 1950 roku. Organizacja skupiała intelektualistów, pisarzy, artystów i ludzi nauki sprzeciwiających się komunizmowi.

Organizowała konferencje, wydarzenia kulturalne i publikowała czasopisma. Jednym z najbardziej znanych był brytyjski miesięcznik „Encounter”.

Problem polegał na tym, że przez lata opinia publiczna i wielu uczestników tych przedsięwzięć nie wiedzieli, że za znaczną częścią finansowania stoi CIA.

Sama agencja po latach określała Congress for Cultural Freedom jako jedną ze swoich najbardziej śmiałych i skutecznych tajnych operacji okresu zimnej wojny.

Mechanizm był inteligentny. Nie należało mówić Europejczykom, że mają wierzyć Ameryce. Lepiej było zapewnić środki europejskim intelektualistom, którzy własnym głosem krytykowali komunizm.

Nie oznacza to, że uczestnicy automatycznie wykonywali instrukcje CIA. Wielu z nich miało własne poglądy, a wspierane czasopisma potrafiły krytykować także Stany Zjednoczone.

Z punktu widzenia wojny informacyjnej właśnie to zwiększało ich wiarygodność.

Najbardziej skuteczny przekaz nie wyglądał jak komunikat propagandowy. Wyglądał jak niezależny artykuł, esej, debata albo działalność autentycznego środowiska intelektualnego.

Informacja mogła wrócić do Stanów Zjednoczonych

Formalnie CIA miała prowadzić operacje propagandowe przede wszystkim za granicą. Amerykańskie prawo i polityczne założenia powstania agencji ograniczały jej możliwość prowadzenia działalności wymierzonej we własne społeczeństwo.

Praktyka stwarzała jednak problem.

Artykuł przygotowany albo inspirowany w jednym kraju mógł zostać przedrukowany przez gazetę w drugim. Następnie mogła zacytować go międzynarodowa agencja prasowa. W końcu informacja mogła trafić również do amerykańskich mediów.

Komisja Churcha zwróciła uwagę na właśnie takie ryzyko — zagraniczna propaganda mogła wracać do amerykańskiego obiegu informacyjnego, mimo że formalnie nie była kierowana do obywateli USA.

W świecie przed internetem granice informacyjne już wtedy były znacznie bardziej przepuszczalne, niż sugerowały regulacje.

1967: system zaczyna wychodzić na światło dzienne

Poważnym ciosem dla tajnego systemu finansowania była seria publikacji z 1967 roku. Ujawniono między innymi, że CIA potajemnie finansowała National Student Association oraz szereg organizacji działających w sferze kultury i debaty publicznej.

Wkrótce wyszły na jaw związki z Congress for Cultural Freedom.

Skandal był szczególnie dotkliwy dlatego, że dotyczył środowisk, których wiarygodność opierała się właśnie na niezależności. Dziennikarz, student, naukowiec czy pisarz mógł być skutecznym uczestnikiem międzynarodowej debaty tylko wtedy, gdy odbiorca wierzył, że przemawia we własnym imieniu.

Jeżeli za kulisami znajdowała się agencja wywiadowcza, pojawiała się wątpliwość dotycząca całego przekazu — nawet wtedy, gdy autor nigdy nie otrzymał od CIA żadnego polecenia.

Tajność, która zwiększała skuteczność operacji, po ujawnieniu stawała się jej największą słabością.

George H.W. Bush zamyka część drzwi

Presja po dochodzeniach Kongresu zmusiła CIA do zmiany zasad.

11 lutego 1976 roku dyrektor agencji George H.W. Bush ogłosił, że CIA nie będzie odtąd zawierać płatnych ani kontraktowych relacji z pełnoetatowymi lub zatrudnionymi w niepełnym wymiarze akredytowanymi korespondentami amerykańskich gazet, czasopism, stacji radiowych i telewizyjnych.

Była to znacząca zmiana, ale nie całkowite zerwanie wszystkich kontaktów.

Polityka nie zabraniała dziennikarzowi dobrowolnego przekazania informacji CIA. Pojawiały się również pytania dotyczące osób nieobjętych formalną definicją akredytowanego korespondenta — na przykład części wolnych strzelców.

W grudniu 1977 roku za rządów dyrektora Stansfielda Turnera wprowadzono kolejne regulacje ograniczające wykorzystywanie dziennikarzy pracujących dla amerykańskich mediów w działalności wywiadowczej. Pozostawiono jednak możliwość wyjątków zatwierdzanych na najwyższym szczeblu.

Spór nigdy nie został więc sprowadzony do prostego zakazu kontaktowania się służb z prasą. Byłoby to zresztą nierealne. Dziennikarze zajmujący się bezpieczeństwem narodowym muszą rozmawiać z wywiadem, podobnie jak rozmawiają z wojskiem, policją czy dyplomatami.

Kluczowe pytanie brzmi inaczej: czy dziennikarz zbiera informacje od służby, czy zaczyna wykonywać zadania dla służby?

Gdzie kończą się dokumenty, a zaczyna legenda?

Historia relacji CIA z mediami jest wystarczająco poważna, aby nie trzeba było jej wzmacniać nieudokumentowanymi twierdzeniami.

Wiemy, że CIA prowadziła tajną propagandę. Wiemy, że współpracowała z dziennikarzami. Wiemy, że część tych relacji była płatna. Wiemy, że organizacje medialne służyły jako przykrywka dla funkcjonariuszy. Wiemy, że agencja finansowała czasopisma i organizacje uczestniczące w zimnowojennej walce ideologicznej.

Wiemy również, że CIA w 1963 roku prowadziła Project MOCKINGBIRD, podsłuchując dwóch dziennikarzy.

Znacznie tr