9 października 2000 roku Kathryn Bolkovac wysłała wiadomość do ponad pięćdziesięciu osób pracujących przy międzynarodowej misji w Bośni. Wśród adresatów znajdował się Jacques Paul Klein, specjalny przedstawiciel sekretarza generalnego ONZ.
Temat wiadomości nie brzmiał urzędowo.
„Nie czytaj tego, jeśli masz słaby żołądek albo nieczyste sumienie”.
Bolkovac przejrzała wcześniej zeznania ponad 35 kobiet będących ofiarami handlu ludźmi. Czytała o gwałtach, pobiciach, odbieraniu dokumentów, przymusowej prostytucji i kobietach sprzedawanych między właścicielami klubów. W jej notatce pojawiła się jednak jeszcze jedna informacja: wśród klientów takich miejsc mieli znajdować się również przedstawiciele międzynarodowych struktur obecnych w Bośni.
To był moment, w którym historia przestała dotyczyć wyłącznie lokalnych handlarzy.
Ludzie wysłani na Bałkany po to, aby pomagać odbudowywać praworządność, sami zaczęli pojawiać się w systemie, który mieli zwalczać.
A kilka miesięcy później Bolkovac straciła pracę.
Policjanci mieli pomóc odbudować państwo
Wojna w Bośni zakończyła się w 1995 roku porozumieniem z Dayton. Kraj był zniszczony, podzielony etnicznie i pełen broni. Ponad 200 tysięcy ludzi zginęło, setki tysięcy straciły domy, a lokalna policja była częścią wojennego systemu, który trzeba było praktycznie zbudować od nowa.
ONZ utworzyła United Nations Mission in Bosnia and Herzegovina – UNMIBH. Jednym z jej najważniejszych elementów była International Police Task Force, czyli IPTF.
Międzynarodowi policjanci mieli monitorować lokalne służby, szkolić funkcjonariuszy, kontrolować przestrzeganie praw człowieka i pomagać tworzyć policję zdolną działać według standardów państwa prawa.
W szczytowym momencie w IPTF służyło około dwóch tysięcy policjantów pochodzących z dziesiątek państw.
Stany Zjednoczone nie wysyłały jednak wszystkich swoich funkcjonariuszy bezpośrednio poprzez administrację państwową. Do rekrutacji personelu wykorzystywano prywatnego kontraktora.
Jedną z takich firm był DynCorp.
I właśnie przez DynCorp do Bośni trafiła Kathryn Bolkovac.
Ogłoszenie o pracę i wyjazd do Bośni
Bolkovac była policjantką z Nebraski. Miała doświadczenie między innymi w sprawach dotyczących przemocy wobec kobiet i dzieci. W 1999 roku przyjęła ofertę pracy za granicą i została zatrudniona przez brytyjską spółkę należącą do DynCorp.
Formalnie jej pracodawcą nie była Organizacja Narodów Zjednoczonych. DynCorp dostarczał amerykańskich policjantów, którzy następnie służyli w strukturach IPTF.
To rozróżnienie wydaje się techniczne. Wkrótce okaże się jednym z najważniejszych elementów całej historii.
Bolkovac została skierowana do pracy związanej z prawami człowieka i przemocą wobec kobiet. Trafiła więc dokładnie tam, gdzie zaczynały napływać informacje o rosnącym handlu ludźmi.
Powojenna Bośnia stała się atrakcyjnym rynkiem dla grup przestępczych. Do kraju sprowadzano kobiety między innymi z Mołdawii, Rumunii i Ukrainy. Część wyjeżdżała, wierząc, że znajdzie pracę jako kelnerki, sprzątaczki czy tancerki.
Na miejscu odbierano im dokumenty. Pojawiał się fikcyjny „dług” za transport, mieszkanie i ubrania. Spłacić go miały poprzez prostytucję.
Niektóre były sprzedawane dalej.
To nie był po prostu rynek usług seksualnych. W wielu przypadkach był to handel ludźmi oparty na przemocy, zastraszaniu i faktycznej niewoli.
Problem pojawił się po obu stronach drzwi
W normalnym układzie sprawa powinna wyglądać prosto. Po jednej stronie handlarze i właściciele klubów. Po drugiej policja, która ich ściga.
W Bośni granica zaczęła się zacierać.
Human Rights Watch udokumentował przypadki, w których przedstawiciele międzynarodowego personelu odwiedzali kluby wykorzystujące kobiety będące ofiarami handlu. Pojawiały się również poważniejsze przypadki.
UNMIBH potwierdziła przypadek amerykańskiego policjanta IPTF, który kupił kobietę z jednego z sarajewskich domów publicznych. Mężczyzna tłumaczył swoje zachowanie w taki sposób, jakby próbował ją w ten sposób „uratować”.
Sam ten argument pokazuje skalę problemu. Funkcjonariusz międzynarodowej misji prowadził negocjacje z człowiekiem traktującym inną osobę jak własność i przekazywał mu pieniądze.
Osobny problem pojawił się wśród cywilnych kontraktorów współpracujących z siłami stabilizacyjnymi SFOR.
Amerykańskie dochodzenia wojskowe oraz późniejszy raport Human Rights Watch opisywały zarzuty wobec pracowników DynCorp dotyczące kupowania kobiet od właścicieli domów publicznych, przetrzymywania ich w mieszkaniach oraz traktowania jako partnerek seksualnych i pomocy domowej.
W jednej ze spraw pracownik przyznał, że kupił kobietę. W innej lokalna policja znalazła dwie kobiety — w tym szesnastolatkę — zamknięte w mieszkaniu cywilnego kontraktora SFOR. Kobiety twierdziły, że mężczyzna zapłacił za nie właścicielowi baru.
Human Rights Watch zaznaczał przy tym, że nie znalazł bezpośrednich dowodów na udział żołnierzy SFOR w samym handlu kobietami. Znaczące dowody dotyczyły natomiast części amerykańskich kontraktorów cywilnych.
To ważne rozróżnienie. Skandal był wystarczająco poważny bez przypisywania winy każdemu człowiekowi noszącemu mundur albo identyfikator międzynarodowej misji.
„One boją się rozmawiać z policją”
Bolkovac dostrzegła jeszcze jeden problem.
Kobiety, które udało się wydostać z klubów albo które same uciekły, bały się rozmawiać z ludźmi, którzy mieli im pomóc.
W raporcie przygotowanym w listopadzie 2000 roku Bolkovac pisała, że wiele ofiar obawiało się zgłaszania informacji IPTF oraz lokalnej policji, ponieważ widziały przedstawicieli tych służb w lokalach, w których były wykorzystywane.
Spróbujmy spojrzeć na sytuację z perspektywy takiej kobiety.
Zostaje zwabiona do obcego kraju, zabrany zostaje jej paszport, właściciel lokalu informuje ją, że jest mu winna pieniądze. Jest bita albo gwałcona. W klubie pojawiają się mężczyźni reprezentujący lokalną policję albo międzynarodową misję.
Później ktoś mówi jej, że właśnie policji powinna zaufać.
System ochrony traci sens w momencie, w którym ofiara nie potrafi odróżnić człowieka mającego ją ratować od człowieka, który może być klientem jej oprawcy.
Wiadomość trafia na samą górę
9 października 2000 roku Bolkovac rozesłała swój głośny e-mail.
Nie ograniczyła się do ogólnych zarzutów. Opisała sposób działania handlarzy, przemoc wobec kobiet oraz strukturę rynku. Wśród grup tworzących klientelę wymieniła lokalnych obywateli, miejscową policję, personel międzynarodowy, a także przedstawicieli IPTF i SFOR.
Trzy tygodnie później została wezwana na rozmowę.
Zastępca komisarza IPTF Mike Stiers poinformował ją o przeniesieniu z dotychczasowego stanowiska. Przez co najmniej trzy miesiące miała nie zajmować się sprawami praw człowieka.
Stiers później tłumaczył Human Rights Watch, że nie była to kara. Uważał, że treść e-maila wskazywała na przemęczenie Bolkovac i chciał odsunąć ją od tematu dla jej własnego dobra.
Bolkovac odebrała to zupełnie inaczej.
Dla niej było to odsunięcie od śledztwa dokładnie wtedy, gdy zaczęła wskazywać na ludzi znajdujących się wewnątrz międzynarodowego systemu.
5 listopada, tuż przed zmianą stanowiska, przygotowała jeszcze formalny raport śledczy. Domagała się przekazania informacji odpowiednim organom kontrolnym UNMIBH.
Pół roku później już tam nie pracowała.
Falszywa karta czasu pracy
W kwietniu 2001 roku DynCorp zwolnił Bolkovac.
Oficjalny powód był prozaiczny: fałszowanie ewidencji czasu pracy.
Firma utrzymywała, że zwolnienie nie miało związku z jej wcześniejszymi raportami dotyczącymi handlu ludźmi. Sam Stiers również zaprzeczał, aby przeniesienie Bolkovac było próbą uciszenia sprawy.
Bolkovac uważała inaczej.
I zdecydowała się pójść do sądu.
Mogła zrobić to w Wielkiej Brytanii, ponieważ jej umowa została zawarta z brytyjskim podmiotem należącym do DynCorp. Sprawa trafiła przed trybunał pracy w Southampton.
To tam narracja o problematycznej pracownicy zaczęła się rozpadać.
W sierpniu 2002 roku trybunał jednogłośnie uznał, że Bolkovac została zwolniona niesłusznie, a rzeczywistym powodem zwolnienia było dokonanie przez nią chronionego ujawnienia dotyczącego handlu ludźmi.
Sąd uznał również, że jej działania były rozsądne w świetle powagi sprawy.
Kilka miesięcy później zasądzono jej 110 221 funtów odszkodowania. Przewodniczący składu określił postępowanie DynCorp wobec byłej pracownicy jako wyjątkowo bezwzględne i mściwe.
Bolkovac wygrała.
Kobiety, o których pisała, niekoniecznie mogły powiedzieć to samo.
Najprostsza kara: bilet do domu
Tu dochodzimy do najbardziej niewygodnego elementu historii.
W międzynarodowej misji odpowiedzialność była rozbita pomiędzy wiele struktur. Była ONZ. Były państwa wysyłające swoich policjantów. Była NATO-wska SFOR. Byli prywatni kontraktorzy. Były lokalne władze Bośni.
Każdy odpowiadał za trochę inny fragment systemu.
Jeżeli miejscowy obywatel popełnił przestępstwo, wiedział, gdzie znajduje się prokurator i sąd.
W przypadku międzynarodowego personelu sprawa stawała się znacznie bardziej skomplikowana.
Policjant IPTF mógł zostać poddany postępowaniu wewnętrznemu i repatriowany, czyli odesłany do swojego kraju. Kontraktor mógł stracić pracę i zostać wywieziony z Bośni. Część personelu korzystała z immunitetów związanych z wykonywaną misją.
Problem polegał na tym, że odesłanie człowieka z kraju nie jest tym samym co postawienie go przed sądem.
Human Rights Watch opisywał sytuacje, w których osoby podejrzewane o poważne nadużycia po prostu opuszczały Bośnię. Lokalna policja twierdziła, że nie posiada jurysdykcji wobec części międzynarodowych kontraktorów. Państwo pochodzenia mogło natomiast nie rozpocząć własnego postępowania.
W jednej sprawie sędzia miał być gotowy przesłuchać amerykańskiego kontraktora. Następnego dnia mężczyzny nie było już w kraju.
To właśnie tutaj słowo „bezkarność” przestaje być publicystycznym określeniem.
Staje się opisem luki proceduralnej.
DynCorp nie było jedynym problemem
Łatwo byłoby zamknąć tę historię stwierdzeniem: zła firma zatrudniła złych ludzi.
Tyle że problem był większy.
Raport Human Rights Watch z 2002 roku opisywał korupcję lokalnej policji, zorganizowane grupy przestępcze, niewystarczającą ochronę ofiar oraz przypadki niewłaściwego zachowania części personelu międzynarodowego.
DynCorp znalazł się w centrum skandalu, ponieważ jego pracownicy pojawiali się w konkretnych dochodzeniach i ponieważ właśnie z tą firmą wygrała Bolkovac.
Ale środowisko, w którym rozwijał się handel ludźmi, powstało z połączenia wielu czynników.
Po wojnie do Bośni przyjechały tysiące dobrze opłacanych obcokrajowców. Wokół baz wojskowych i miast zaczęły pojawiać się kluby nastawione na nową klientelę. Grupy przestępcze dostrzegły rynek. Słabe państwo nie potrafiło go skutecznie kontrolować.
Międzynarodowa obecność, która miała pomagać w stabilizacji kraju, jednocześnie stworzyła popyt, z którego skorzystali handlarze kobietami.
To nie znaczy, że większość żołnierzy, policjantów czy pracowników organizacji międzynarodowych brała udział w procederze. Nie ma podstaw do takiego twierdzenia.
Znaczy coś innego: nawet stosunkowo niewielka grupa ludzi może wyrządzić ogromne szkody, jeśli działa wewnątrz systemu, który nie potrafi skutecznie pociągnąć jej do odpowiedzialności.
ONZ zaczyna walczyć z problemem
Skandal nie oznacza, że misja pozostawała bezczynna do samego końca.
W 2001 roku UNMIBH uruchomiła Special Trafficking Operations Programme – STOP, łącząc międzynarodowych policjantów z lokalnymi funkcjonariuszami zajmującymi się handlem ludźmi.
Do listopada 2002 roku zespoły STOP przeprowadziły ponad 800 kontroli i nalotów, zidentyfikowały 240 podejrzanych lokali, doprowadziły do zamknięcia 151 z nich i pomogły w repatriacji 264 ofiar.
Powstały również bezpieczne miejsca dla kobiet oraz procedury współpracy z Międzynarodową Organizacją ds. Migracji.
Te działania pokazują drugą stronę historii. ONZ nie była jednolitą organizacją chroniącą sprawców. W jej ramach działali również ludzie próbujący rozwiązać problem, tworzyć procedury i prowadzić dochodzenia.
A jednocześnie ci sami ludzie funkcjonowali w strukturze, która wcześniej przez długi czas nie potrafiła skutecznie odpowiedzieć na nadużycia własnego personelu.
Oba zdania mogą być prawdziwe jednocześnie.
Film, którego ONZ nie schowała
Historia Bolkovac po latach trafiła do Hollywood.
W filmie The Whistleblower z 2010 roku zagrała ją Rachel Weisz. Produkcja dramatyzowała część wydarzeń i łączyła niektóre postaci, ale główna historia — amerykańska policjantka odkrywająca handel kobietami i udział części międzynarodowego personelu — opierała się na rzeczywistych wydarzeniach.
Najciekawsze wydarzyło się rok później.
14 października 2011 roku film został pokazany w siedzibie Organizacji Narodów Zjednoczonych w Nowym Jorku.
Po projekcji odbyła się dyskusja z udziałem wysokich przedstawicieli ONZ. Sekretarz generalny Ban Ki-moon nie próbował udawać, że historia nie dotyczy organizacji.
Powiedział, że film opiera się na rzeczywistych wydarzeniach i zwraca uwagę na krytycznie ważny problem. Podkreślał politykę zerowej tolerancji wobec seksualnego wykorzystywania i nadużyć w misjach międzynarodowych.
Był to dziwny finał.
Jedenaście lat wcześniej Bolkovac rozsyłała wewnętrzny e-mail, ostrzegając ludzi w strukturach misji, że mają poważny problem.
Teraz historia jej walki była wyświetlana na ekranie w siedzibie ONZ.
Kto odpowiada, kiedy wszyscy odpowiadają po trochu?
Sprawa Kathryn Bolkovac jest często opowiadana jako historia jednej odważnej sygnalistki przeciwko wielkiej organizacji.
To prawda, ale niepełna.