Czarne karty koncernów medycznych

Miliardowe kary, ugody i skandale, o których nie powinno się zapominać

A+A-
Zresetuj

W debacie publicznej widać dziś zbyt dużą ewangelizację koncernów medycznych. Wielkie firmy farmaceutyczne i medyczne przedstawia się często niemal wyłącznie jako dostawców postępu, nauki i ratunku dla ludzkości. Każda poważniejsza krytyka bywa natomiast wrzucana do jednego worka z antynauką, ciemnotą albo teoriami spiskowymi.

To wygodne, ale fałszywe uproszczenie.

Medycyna, lekarze, badania naukowe i globalne koncerny farmaceutyczne to nie jest jedno i to samo. Można uznawać znaczenie medycyny, korzystać z leczenia, rozumieć wartość badań naukowych i jednocześnie pamiętać, że wielkie firmy medyczne są podmiotami gospodarczymi. Mają akcjonariuszy, cele sprzedażowe, działy prawne, budżety marketingowe i interes finansowy.

Dlatego krytyczne spojrzenie na koncerny medyczne nie jest atakiem na medycynę. Jest zwykłą pamięcią o faktach.

Od zakończenia II wojny światowej do dziś wiele dużych firm chemicznych, farmaceutycznych i medycznych było bohaterami spraw sądowych, ugód, kar finansowych, postępowań antymonopolowych i skandali związanych z bezpieczeństwem pacjentów. W grę wchodziły m.in. praca przymusowa, tragedie lekowe, zakażone produkty krwiopochodne, nielegalna promocja leków, ukrywanie ryzyka, korumpowanie lekarzy, zmowy cenowe, blokowanie tańszych generyków i kryzys opioidowy.

Nie każda ugoda oznacza formalne przyznanie winy. Nie każda sprawa kończyła się wyrokiem skazującym. Ale skala tych przypadków pokazuje jedno: zaufanie do koncernów medycznych bez kontroli jest naiwnością.

W samych sprawach opisanych poniżej mowa o co najmniej 30 dużych karach, ugodach i funduszach odszkodowawczych. Ich nominalna wartość przekracza 47 mld dolarów, do czego dochodzą setki milionów euro oraz historyczne kwoty w markach niemieckich.

Po ostrożnym, orientacyjnym przeliczeniu samych kwot dolarowych na siłę nabywczą pieniądza w realiach 2026 roku otrzymujemy skalę rzędu około 65 mld dolarów. To nie jest precyzyjny bilans wszystkich szkód ani pełny koszt społeczny tych afer. To jedynie przybliżone przeliczenie publicznie znanych kwot kar, ugód i funduszy, z pominięciem spraw bez jasno wskazanej wartości oraz bez podwójnego liczenia tych samych postępowań na różnych etapach.

Innymi słowy: nie mówimy o kilku incydentach ani o marginalnych potknięciach wielkich firm. Mówimy o dziesiątkach spraw, których łączna wartość — po uwzględnieniu zmiany wartości pieniądza — idzie w dziesiątki miliardów dolarów.

Medycyna to nie koncern

Na początku trzeba oddzielić rzeczy, które w debacie publicznej często zlewa się w jedno.

Czym innym jest medycyna jako wiedza.
Czym innym jest lekarz pomagający pacjentowi.
Czym innym jest pacjent szukający leczenia.
Czym innym jest globalny koncern medyczny.

Koncern farmaceutyczny nie jest instytucją moralną ani neutralnym laboratorium dobra wspólnego. Może produkować leki ratujące życie. Może finansować badania. Może rozwijać terapie, bez których współczesna medycyna byłaby znacznie uboższa.

Ale jednocześnie pozostaje firmą działającą w warunkach rynku, patentów, konkurencji, lobbingu, presji sprzedażowej i odpowiedzialności wobec właścicieli.

Ten fakt nie przekreśla medycyny. Przeciwnie — właśnie dlatego, że zdrowie jest zbyt ważne, nie wolno traktować koncernów medycznych jak świętych instytucji, którym należy wierzyć na słowo.

To nie są pojedyncze wpadki

Najłatwiej byłoby potraktować każdą z opisanych spraw jako osobny błąd: jeden wadliwy lek, jedna źle prowadzona kampania marketingowa, jedna fabryka, jeden program prelegencki, jedna ugoda. Taki obraz jest jednak zbyt łagodny.

W rzeczywistości widać powtarzające się mechanizmy. Czasem problemem jest bezpieczeństwo produktu. Czasem agresywna sprzedaż. Czasem ukrywanie lub bagatelizowanie ryzyka. Czasem wpływ na lekarzy. Czasem cena, patent i blokowanie konkurencji. Czasem jakość produkcji. Czasem całe środowisko prawne i finansowe, które sprawia, że ugoda staje się dla firmy kosztem działalności, a dla pacjenta — końcem zdrowia albo życia.

Właśnie dlatego tych spraw nie powinno się czytać jak kroniki odległych afer. To jest historia napięcia między zdrowiem publicznym a interesem korporacyjnym. Między pacjentem a rynkiem. Między zaufaniem do terapii a presją sprzedaży.

I.G. Farben — powojenny punkt wyjścia

Jednym z pierwszych wielkich powojennych przykładów odpowiedzialności przemysłu chemicznego był proces I.G. Farben w Norymberdze w latach 1947–1948.

I.G. Farben nie był koncernem medycznym w dzisiejszym rozumieniu tego słowa. Był jednak potężnym koncernem chemiczno-przemysłowym, powiązanym z niemiecką machiną wojenną. W procesie oskarżano jego menedżerów m.in. o udział w grabieży, wykorzystywanie pracy przymusowej i powiązania z gospodarką III Rzeszy.

Z 24 oskarżonych 13 uznano za winnych. Wyroki wynosiły od 18 miesięcy do 8 lat więzienia.

To ważny punkt wyjścia nie dlatego, że każdą późniejszą firmę można obciążać odpowiedzialnością za historię I.G. Farben. Ważny jest inny wniosek: wielki przemysł chemiczny i farmaceutyczny nigdy nie istniał poza polityką, państwem, wojną, gospodarką i interesem.

Jeżeli władza polityczna, wojna i wielki przemysł łączą się ze sobą, zdrowie człowieka bardzo łatwo schodzi na dalszy plan. Ta lekcja wraca później w innych formach: niekoniecznie w realiach wojny, ale w świecie wielkich budżetów, patentów, wpływu regulacyjnego i presji sprzedażowej.

Talidomid — lek, który miał uspokajać, a zniszczył tysiące rodzin

Jedną z najbardziej znanych tragedii farmaceutycznych XX wieku była sprawa talidomidu, sprzedawanego m.in. przez firmę Grünenthal jako Contergan.

Lek trafił na rynek w drugiej połowie lat 50. XX wieku. Był przedstawiany jako środek uspokajający i przeciw nudnościom. Stosowały go również kobiety w ciąży. Właśnie to okazało się katastrofalne. (Talidomid podawany był w obu formach enancjomerów optycznych R i S, jako mieszanka racemiczna 1:1. Enancjomer R działał uspokajająco i nasennie, a enancjomer S – teratogennie)

Skutkiem były ciężkie wady rozwojowe u tysięcy dzieci. W wielu przypadkach dzieci rodziły się bez kończyn albo z głębokimi deformacjami. Dla rodzin nie był to abstrakcyjny „skutek uboczny”. To była codzienność życia z nieodwracalną tragedią spowodowaną produktem, który miał być bezpieczny.

Proces karny w Niemczech rozpoczął się w 1968 roku. W 1970 roku doszło do ugody. Grünenthal zgodził się wpłacić 100 mln marek niemieckich na rzecz poszkodowanych dzieci, a niemiecki rząd dołożył kolejne 100 mln marek. Proces zakończył się bez klasycznego wyroku skazującego.

Sprawa talidomidu pokazuje kilka rzeczy naraz. Po pierwsze, produkt może być masowo stosowany, zanim społeczeństwo pozna jego pełne ryzyko. Po drugie, szczególnie dramatyczne skutki mogą ujawnić się dopiero wtedy, gdy leku użyje bardzo duża grupa ludzi. Po trzecie, procedury dopuszczania leków nie są technicznym szczegółem, lecz barierą między pacjentem a tragedią.

Po talidomidzie świat farmaceutyczny nie mógł już udawać, że zaufanie do producenta wystarczy. Potrzebne stały się ostrzejsze procedury badań, kontroli i monitorowania bezpieczeństwa. Cena tej lekcji była jednak potworna: zapłaciły ją dzieci i ich rodziny.

Zakażone produkty krwiopochodne — gdy leczenie przyniosło HIV i HCV

Kolejna czarna karta to sprawa zakażonych produktów krwiopochodnych stosowanych m.in. u chorych na hemofilię.

Hemofilia jest chorobą, w której krew nie krzepnie prawidłowo. Dla pacjentów produkty krwiopochodne były nie luksusem, ale warunkiem normalnego życia. Miały zatrzymywać krwawienia, chronić przed powikłaniami i ratować zdrowie.

Problem narastał w latach 70. i 80. XX wieku. Produkty, które miały pomagać, stały się źródłem zakażeń HIV i HCV. Pacjent przyjmował preparat medyczny, a razem z nim dostawał wirusa, który mógł zniszczyć jego życie.

W USA w sprawę ugód były zaangażowane m.in. Bayer, Baxter, Rhone-Poulenc Rorer i Alpha Therapeutic. W 1996 roku media informowały o propozycji ugody na około 600 mln dolarów, a późniejsze opisy sprawy wskazywały na kwoty zbliżone do 600–660 mln dolarów.

Ta historia nie mieści się w prostym schemacie jednej firmy i jednej decyzji. Był to szerszy kryzys: produkcji, kontroli, ostrzegania, odpowiedzialności regulatorów i odpowiedzialności producentów.

Dla pacjentów nie miało jednak znaczenia, czy zawiódł jeden element, czy cały system. Skutek był dramatyczny. Ludzie z chorobą wymagającą leczenia zostali narażeni na zakażenia, które w tamtym czasie często oznaczały wyrok.

To jedna z najbardziej brutalnych lekcji o zależności pacjenta od systemu. Chory nie może sam sprawdzić bezpieczeństwa preparatu. Nie bada każdej partii. Nie kontroluje dawców osocza. Nie czyta dokumentacji technologicznej. Musi zaufać producentom, lekarzom, regulatorom i instytucjom państwa.

Jeżeli to zaufanie zostaje złamane, pacjent nie ma gdzie uciec.

Vioxx — masowy lek, masowe ryzyko i miliardy dolarów

Vioxx nie był niszowym preparatem stosowanym w wyjątkowych przypadkach. Był masowym lekiem przeciwbólowym i przeciwzapalnym. Właśnie dlatego sprawa stała się tak ważna. Jeśli problem bezpieczeństwa pojawia się przy produkcie używanym przez miliony ludzi, ryzyko przestaje być statystyczną ciekawostką.

W 2004 roku Merck wycofał z rynku Vioxx, lek powiązany ze zwiększonym ryzykiem zdarzeń sercowo-naczyniowych. Sprawa stała się jednym z największych symboli problemów z bezpieczeństwem leków po ich masowym wprowadzeniu na rynek.

W 2007 roku Merck zgodził się zapłacić 4,85 mld dolarów, aby rozwiązać większość roszczeń pacjentów twierdzących, że Vioxx przyczynił się do zawałów i udarów. W 2011 roku doszła kolejna ugoda z Departamentem Sprawiedliwości USA na 950 mln dolarów, dotycząca spraw karnych i cywilnych związanych z promocją i marketingiem Vioxxu.

W tej sprawie najważniejsze było pytanie nie tylko o sam lek, ale o cały łańcuch odpowiedzialności: badania, sygnały ostrzegawcze, komunikację ryzyka, działania regulatorów, marketing i reakcję firmy.

Na papierze każdy lek ma ryzyko działań niepożądanych. Ale pacjent nie ma dostępu do pełnej wiedzy firmy, nie widzi wszystkich analiz i nie wie, jakie sygnały są dyskutowane wewnątrz korporacji. Decyzję podejmuje na podstawie zaufania do lekarza, ulotki, regulatora i producenta.

Sprawa Vioxxu pokazała, że prawdziwy test bezpieczeństwa często zaczyna się dopiero po wejściu leku na rynek. Badania przedrejestracyjne są ograniczone liczbą pacjentów, czasem i kryteriami. Dopiero masowe stosowanie może ujawnić problem, który przy mniejszej skali był trudny do uchwycenia.

To nie oznacza, że każdy lek masowy jest podejrzany. Oznacza natomiast, że po dopuszczeniu do obrotu potrzebna jest ciągła czujność, szybkie reagowanie na sygnały i pełna jawność danych bezpieczeństwa.

Pradaxa, Actos i Xarelto — dopuszczenie do obrotu nie kończy pytań

Osobną grupą są sprawy produktowe, w których firmy zawierały ugody dotyczące roszczeń pacjentów związanych ze skutkami stosowania leków.

W 2014 roku Boehringer Ingelheim zgodził się zapłacić około 650 mln dolarów w ramach ugody dotyczącej Pradaksy. Pozwy dotyczyły zarzutów ciężkich i śmiertelnych krwawień u pacjentów stosujących ten lek przeciwzakrzepowy. Firma nie przyznała się do odpowiedzialności, ale zdecydowała się na ugodę.

W 2015 roku Takeda zgodziła się na program ugodowy dotyczący leku Actos. Sprawa była związana z pozwami dotyczącymi zarzutów raka pęcherza. Kwota funduszu ugodowego miała wynieść 2,37 mld dolarów, przy spełnieniu określonych warunków udziału powodów.

W 2019 roku Bayer i Johnson & Johnson zgodziły się zapłacić 775 mln dolarów w sprawie Xarelto. Ugoda dotyczyła ponad 25 tys. pozwów w USA, w których zarzucano, że lek przeciwzakrzepowy powodował poważne, a czasem śmiertelne krwawienia. Firmy nie przyznały odpowiedzialności.

Te sprawy mają wspólny mianownik: dopuszczenie produktu do obrotu nie kończy rozmowy o bezpieczeństwie. Rynek bywa dopiero początkiem realnego testu, prowadzonego już nie na ograniczonej grupie badawczej, ale na masowej populacji pacjentów.

Z punktu widzenia firmy ugoda może zamknąć spór prawny. Z punktu widzenia pacjenta szkoda może być nieodwracalna. To zasadnicza różnica między bilansem korporacyjnym a bilansem ludzkim.

Sprzęt medyczny i implanty też nie są poza problemem

Czarne karty branży medycznej nie dotyczą wyłącznie tabletek i zastrzyków. Dotyczą również urządzeń, implantów i sprzętu używanego w szpitalach.

W 2016 roku Olympus Corp. of the Americas zgodził się zapłacić 646 mln dolarów w sprawie nielegalnych płatności dla lekarzy i szpitali w USA oraz Ameryce Łacińskiej. Chodziło o firmę będącą dużym dystrybutorem endoskopów i sprzętu medycznego. Sprawa obejmowała zarzuty związane z kickbackami, czyli korzyściami mającymi wpływać na decyzje zakupowe.

W 2020 roku Bayer zgodził się zapłacić około 1,6 mld dolarów w związku z amerykańskimi roszczeniami dotyczącymi implantu antykoncepcyjnego Essure. Była to jedna z większych spraw dotyczących wyrobu medycznego.

Takie sprawy przypominają, że rynek medyczny to nie tylko substancje czynne i recepty. To także sprzęt, szpitale, zamówienia publiczne, lekarze, dystrybutorzy, konferencje, szkolenia, refundacje i relacje biznesowe.

Pacjent często widzi tylko końcowy etap: zabieg, implant, urządzenie diagnostyczne, procedurę. Nie widzi sieci relacji finansowych, w której zapadają decyzje zakupowe i promocyjne. Dlatego przejrzystość w medycynie musi dotyczyć nie tylko leków, ale całego przemysłu zdrowotnego.

Talk Johnson & Johnson — produkt codzienny, spór po dekadach

Nie każda wielka sprawa dotyczy skomplikowanego leku specjalistycznego. Czasem dotyczy produktu, który przez dekady stał w łazienkach zwykłych rodzin.

W 2024 roku Johnson & Johnson zgodził się zapłacić 700 mln dolarów w ramach ugody z prokuratorami generalnymi wielu stanów USA. Sprawa dotyczyła marketingu produktów zawierających talk, w tym pudru dla dzieci i pudru do ciała. Ugoda wymagała m.in. zaprze