Czarne karty koncernów medycznych

Miliardowe kary, ugody i skandale, o których nie powinno się zapominać

A+A-
Zresetuj

W debacie publicznej widać dziś zbyt dużą ewangelizację koncernów medycznych. Wielkie firmy farmaceutyczne i medyczne przedstawia się często niemal wyłącznie jako dostawców postępu, nauki i ratunku dla ludzkości. Każda poważniejsza krytyka bywa natomiast wrzucana do jednego worka z antynauką, ciemnotą albo teoriami spiskowymi.

To wygodne, ale fałszywe uproszczenie.

Medycyna, lekarze, badania naukowe i globalne koncerny farmaceutyczne to nie jest jedno i to samo. Można uznawać znaczenie medycyny, korzystać z leczenia, rozumieć wartość badań naukowych i jednocześnie pamiętać, że wielkie firmy medyczne są podmiotami gospodarczymi. Mają akcjonariuszy, cele sprzedażowe, działy prawne, budżety marketingowe i interes finansowy.

Dlatego krytyczne spojrzenie na koncerny medyczne nie jest atakiem na medycynę. Jest zwykłą pamięcią o faktach.

Od zakończenia II wojny światowej do dziś wiele dużych firm chemicznych, farmaceutycznych i medycznych było bohaterami spraw sądowych, ugód, kar finansowych, postępowań antymonopolowych i skandali związanych z bezpieczeństwem pacjentów. W grę wchodziły m.in. praca przymusowa, tragedie lekowe, zakażone produkty krwiopochodne, nielegalna promocja leków, ukrywanie ryzyka, korumpowanie lekarzy, zmowy cenowe, blokowanie tańszych generyków i kryzys opioidowy.

Nie każda ugoda oznacza formalne przyznanie winy. Nie każda sprawa kończyła się wyrokiem skazującym. Ale skala tych przypadków pokazuje jedno: zaufanie do koncernów medycznych bez kontroli jest naiwnością.

W samych sprawach opisanych poniżej mowa o co najmniej 30 dużych karach, ugodach i funduszach odszkodowawczych. Ich nominalna wartość przekracza 47 mld dolarów, do czego dochodzą setki milionów euro oraz historyczne kwoty w markach niemieckich.

Po ostrożnym, orientacyjnym przeliczeniu samych kwot dolarowych na siłę nabywczą pieniądza w realiach 2026 roku otrzymujemy skalę rzędu około 65 mld dolarów. To nie jest precyzyjny bilans wszystkich szkód ani pełny koszt społeczny tych afer. To jedynie przybliżone przeliczenie publicznie znanych kwot kar, ugód i funduszy, z pominięciem spraw bez jasno wskazanej wartości oraz bez podwójnego liczenia tych samych postępowań na różnych etapach.

Innymi słowy: nie mówimy o kilku incydentach ani o marginalnych potknięciach wielkich firm. Mówimy o dziesiątkach spraw, których łączna wartość — po uwzględnieniu zmiany wartości pieniądza — idzie w dziesiątki miliardów dolarów.

Medycyna to nie koncern

Na początku trzeba oddzielić rzeczy, które w debacie publicznej często zlewa się w jedno.

Czym innym jest medycyna jako wiedza.
Czym innym jest lekarz pomagający pacjentowi.
Czym innym jest pacjent szukający leczenia.
Czym innym jest globalny koncern medyczny.

Koncern farmaceutyczny nie jest instytucją moralną ani neutralnym laboratorium dobra wspólnego. Może produkować leki ratujące życie. Może finansować badania. Może rozwijać terapie, bez których współczesna medycyna byłaby znacznie uboższa.

Ale jednocześnie pozostaje firmą działającą w warunkach rynku, patentów, konkurencji, lobbingu, presji sprzedażowej i odpowiedzialności wobec właścicieli.

Ten fakt nie przekreśla medycyny. Przeciwnie — właśnie dlatego, że zdrowie jest zbyt ważne, nie wolno traktować koncernów medycznych jak świętych instytucji, którym należy wierzyć na słowo.

To nie są pojedyncze wpadki

Najłatwiej byłoby potraktować każdą z opisanych spraw jako osobny błąd: jeden wadliwy lek, jedna źle prowadzona kampania marketingowa, jedna fabryka, jeden program prelegencki, jedna ugoda. Taki obraz jest jednak zbyt łagodny.

W rzeczywistości widać powtarzające się mechanizmy. Czasem problemem jest bezpieczeństwo produktu. Czasem agresywna sprzedaż. Czasem ukrywanie lub bagatelizowanie ryzyka. Czasem wpływ na lekarzy. Czasem cena, patent i blokowanie konkurencji. Czasem jakość produkcji. Czasem całe środowisko prawne i finansowe, które sprawia, że ugoda staje się dla firmy kosztem działalności, a dla pacjenta — końcem zdrowia albo życia.

Właśnie dlatego tych spraw nie powinno się czytać jak kroniki odległych afer. To jest historia napięcia między zdrowiem publicznym a interesem korporacyjnym. Między pacjentem a rynkiem. Między zaufaniem do terapii a presją sprzedaży.

I.G. Farben — powojenny punkt wyjścia

Jednym z pierwszych wielkich powojennych przykładów odpowiedzialności przemysłu chemicznego był proces I.G. Farben w Norymberdze w latach 1947–1948.

I.G. Farben nie był koncernem medycznym w dzisiejszym rozumieniu tego słowa. Był jednak potężnym koncernem chemiczno-przemysłowym, powiązanym z niemiecką machiną wojenną. W procesie oskarżano jego menedżerów m.in. o udział w grabieży, wykorzystywanie pracy przymusowej i powiązania z gospodarką III Rzeszy.

Z 24 oskarżonych 13 uznano za winnych. Wyroki wynosiły od 18 miesięcy do 8 lat więzienia.

To ważny punkt wyjścia nie dlatego, że każdą późniejszą firmę można obciążać odpowiedzialnością za historię I.G. Farben. Ważny jest inny wniosek: wielki przemysł chemiczny i farmaceutyczny nigdy nie istniał poza polityką, państwem, wojną, gospodarką i interesem.

Jeżeli władza polityczna, wojna i wielki przemysł łączą się ze sobą, zdrowie człowieka bardzo łatwo schodzi na dalszy plan. Ta lekcja wraca później w innych formach: niekoniecznie w realiach wojny, ale w świecie wielkich budżetów, patentów, wpływu regulacyjnego i presji sprzedażowej.

Talidomid — lek, który miał uspokajać, a zniszczył tysiące rodzin

Jedną z najbardziej znanych tragedii farmaceutycznych XX wieku była sprawa talidomidu, sprzedawanego m.in. przez firmę Grünenthal jako Contergan.

Lek trafił na rynek w drugiej połowie lat 50. XX wieku. Był przedstawiany jako środek uspokajający i przeciw nudnościom. Stosowały go również kobiety w ciąży. Właśnie to okazało się katastrofalne. (Talidomid podawany był w obu formach enancjomerów optycznych R i S, jako mieszanka racemiczna 1:1. Enancjomer R działał uspokajająco i nasennie, a enancjomer S – teratogennie)

Skutkiem były ciężkie wady rozwojowe u tysięcy dzieci. W wielu przypadkach dzieci rodziły się bez kończyn albo z głębokimi deformacjami. Dla rodzin nie był to abstrakcyjny „skutek uboczny”. To była codzienność życia z nieodwracalną tragedią spowodowaną produktem, który miał być bezpieczny.

Proces karny w Niemczech rozpoczął się w 1968 roku. W 1970 roku doszło do ugody. Grünenthal zgodził się wpłacić 100 mln marek niemieckich na rzecz poszkodowanych dzieci, a niemiecki rząd dołożył kolejne 100 mln marek. Proces zakończył się bez klasycznego wyroku skazującego.

Sprawa talidomidu pokazuje kilka rzeczy naraz. Po pierwsze, produkt może być masowo stosowany, zanim społeczeństwo pozna jego pełne ryzyko. Po drugie, szczególnie dramatyczne skutki mogą ujawnić się dopiero wtedy, gdy leku użyje bardzo duża grupa ludzi. Po trzecie, procedury dopuszczania leków nie są technicznym szczegółem, lecz barierą między pacjentem a tragedią.

Po talidomidzie świat farmaceutyczny nie mógł już udawać, że zaufanie do producenta wystarczy. Potrzebne stały się ostrzejsze procedury badań, kontroli i monitorowania bezpieczeństwa. Cena tej lekcji była jednak potworna: zapłaciły ją dzieci i ich rodziny.

Zakażone produkty krwiopochodne — gdy leczenie przyniosło HIV i HCV

Kolejna czarna karta to sprawa zakażonych produktów krwiopochodnych stosowanych m.in. u chorych na hemofilię.

Hemofilia jest chorobą, w której krew nie krzepnie prawidłowo. Dla pacjentów produkty krwiopochodne były nie luksusem, ale warunkiem normalnego życia. Miały zatrzymywać krwawienia, chronić przed powikłaniami i ratować zdrowie.

Problem narastał w latach 70. i 80. XX wieku. Produkty, które miały pomagać, stały się źródłem zakażeń HIV i HCV. Pacjent przyjmował preparat medyczny, a razem z nim dostawał wirusa, który mógł zniszczyć jego życie.

W USA w sprawę ugód były zaangażowane m.in. Bayer, Baxter, Rhone-Poulenc Rorer i Alpha Therapeutic. W 1996 roku media informowały o propozycji ugody na około 600 mln dolarów, a późniejsze opisy sprawy wskazywały na kwoty zbliżone do 600–660 mln dolarów.

Ta historia nie mieści się w prostym schemacie jednej firmy i jednej decyzji. Był to szerszy kryzys: produkcji, kontroli, ostrzegania, odpowiedzialności regulatorów i odpowiedzialności producentów.

Dla pacjentów nie miało jednak znaczenia, czy zawiódł jeden element, czy cały system. Skutek był dramatyczny. Ludzie z chorobą wymagającą leczenia zostali narażeni na zakażenia, które w tamtym czasie często oznaczały wyrok.

To jedna z najbardziej brutalnych lekcji o zależności pacjenta od systemu. Chory nie może sam sprawdzić bezpieczeństwa preparatu. Nie bada każdej partii. Nie kontroluje dawców osocza. Nie czyta dokumentacji technologicznej. Musi zaufać producentom, lekarzom, regulatorom i instytucjom państwa.

Jeżeli to zaufanie zostaje złamane, pacjent nie ma gdzie uciec.

Vioxx — masowy lek, masowe ryzyko i miliardy dolarów

Vioxx nie był niszowym preparatem stosowanym w wyjątkowych przypadkach. Był masowym lekiem przeciwbólowym i przeciwzapalnym. Właśnie dlatego sprawa stała się tak ważna. Jeśli problem bezpieczeństwa pojawia się przy produkcie używanym przez miliony ludzi, ryzyko przestaje być statystyczną ciekawostką.

W 2004 roku Merck wycofał z rynku Vioxx, lek powiązany ze zwiększonym ryzykiem zdarzeń sercowo-naczyniowych. Sprawa stała się jednym z największych symboli problemów z bezpieczeństwem leków po ich masowym wprowadzeniu na rynek.

W 2007 roku Merck zgodził się zapłacić 4,85 mld dolarów, aby rozwiązać większość roszczeń pacjentów twierdzących, że Vioxx przyczynił się do zawałów i udarów. W 2011 roku doszła kolejna ugoda z Departamentem Sprawiedliwości USA na 950 mln dolarów, dotycząca spraw karnych i cywilnych związanych z promocją i marketingiem Vioxxu.

W tej sprawie najważniejsze było pytanie nie tylko o sam lek, ale o cały łańcuch odpowiedzialności: badania, sygnały ostrzegawcze, komunikację ryzyka, działania regulatorów, marketing i reakcję firmy.

Na papierze każdy lek ma ryzyko działań niepożądanych. Ale pacjent nie ma dostępu do pełnej wiedzy firmy, nie widzi wszystkich analiz i nie wie, jakie sygnały są dyskutowane wewnątrz korporacji. Decyzję podejmuje na podstawie zaufania do lekarza, ulotki, regulatora i producenta.

Sprawa Vioxxu pokazała, że prawdziwy test bezpieczeństwa często zaczyna się dopiero po wejściu leku na rynek. Badania przedrejestracyjne są ograniczone liczbą pacjentów, czasem i kryteriami. Dopiero masowe stosowanie może ujawnić problem, który przy mniejszej skali był trudny do uchwycenia.

To nie oznacza, że każdy lek masowy jest podejrzany. Oznacza natomiast, że po dopuszczeniu do obrotu potrzebna jest ciągła czujność, szybkie reagowanie na sygnały i pełna jawność danych bezpieczeństwa.

Pradaxa, Actos i Xarelto — dopuszczenie do obrotu nie kończy pytań

Osobną grupą są sprawy produktowe, w których firmy zawierały ugody dotyczące roszczeń pacjentów związanych ze skutkami stosowania leków.

W 2014 roku Boehringer Ingelheim zgodził się zapłacić około 650 mln dolarów w ramach ugody dotyczącej Pradaksy. Pozwy dotyczyły zarzutów ciężkich i śmiertelnych krwawień u pacjentów stosujących ten lek przeciwzakrzepowy. Firma nie przyznała się do odpowiedzialności, ale zdecydowała się na ugodę.

W 2015 roku Takeda zgodziła się na program ugodowy dotyczący leku Actos. Sprawa była związana z pozwami dotyczącymi zarzutów raka pęcherza. Kwota funduszu ugodowego miała wynieść 2,37 mld dolarów, przy spełnieniu określonych warunków udziału powodów.

W 2019 roku Bayer i Johnson & Johnson zgodziły się zapłacić 775 mln dolarów w sprawie Xarelto. Ugoda dotyczyła ponad 25 tys. pozwów w USA, w których zarzucano, że lek przeciwzakrzepowy powodował poważne, a czasem śmiertelne krwawienia. Firmy nie przyznały odpowiedzialności.

Te sprawy mają wspólny mianownik: dopuszczenie produktu do obrotu nie kończy rozmowy o bezpieczeństwie. Rynek bywa dopiero początkiem realnego testu, prowadzonego już nie na ograniczonej grupie badawczej, ale na masowej populacji pacjentów.

Z punktu widzenia firmy ugoda może zamknąć spór prawny. Z punktu widzenia pacjenta szkoda może być nieodwracalna. To zasadnicza różnica między bilansem korporacyjnym a bilansem ludzkim.

Sprzęt medyczny i implanty też nie są poza problemem

Czarne karty branży medycznej nie dotyczą wyłącznie tabletek i zastrzyków. Dotyczą również urządzeń, implantów i sprzętu używanego w szpitalach.

W 2016 roku Olympus Corp. of the Americas zgodził się zapłacić 646 mln dolarów w sprawie nielegalnych płatności dla lekarzy i szpitali w USA oraz Ameryce Łacińskiej. Chodziło o firmę będącą dużym dystrybutorem endoskopów i sprzętu medycznego. Sprawa obejmowała zarzuty związane z kickbackami, czyli korzyściami mającymi wpływać na decyzje zakupowe.

W 2020 roku Bayer zgodził się zapłacić około 1,6 mld dolarów w związku z amerykańskimi roszczeniami dotyczącymi implantu antykoncepcyjnego Essure. Była to jedna z większych spraw dotyczących wyrobu medycznego.

Takie sprawy przypominają, że rynek medyczny to nie tylko substancje czynne i recepty. To także sprzęt, szpitale, zamówienia publiczne, lekarze, dystrybutorzy, konferencje, szkolenia, refundacje i relacje biznesowe.

Pacjent często widzi tylko końcowy etap: zabieg, implant, urządzenie diagnostyczne, procedurę. Nie widzi sieci relacji finansowych, w której zapadają decyzje zakupowe i promocyjne. Dlatego przejrzystość w medycynie musi dotyczyć nie tylko leków, ale całego przemysłu zdrowotnego.

Talk Johnson & Johnson — produkt codzienny, spór po dekadach

Nie każda wielka sprawa dotyczy skomplikowanego leku specjalistycznego. Czasem dotyczy produktu, który przez dekady stał w łazienkach zwykłych rodzin.

W 2024 roku Johnson & Johnson zgodził się zapłacić 700 mln dolarów w ramach ugody z prokuratorami generalnymi wielu stanów USA. Sprawa dotyczyła marketingu produktów zawierających talk, w tym pudru dla dzieci i pudru do ciała. Ugoda wymagała m.in. zaprzestania produkcji i sprzedaży takich produktów w USA. Nie zamykała jednak wszystkich indywidualnych pozwów dotyczących szkód osobowych.

Ta sprawa jest szczególnie ważna psychologicznie, bo dotyczy produktu kojarzonego z codziennością, rodziną i bezpieczeństwem. Nie chodziło o eksperymentalny lek onkologiczny ani agresywną terapię ostatniej szansy. Chodziło o produkt zwykły, domowy i społecznie oswojony.

To kolejny przykład niewygodnej prawdy: długoletnia obecność produktu na rynku nie jest automatycznym dowodem jego pełnego bezpieczeństwa. Produkt może być znany, popularny i społecznie oswojony, a mimo to po latach stać się przedmiotem ogromnych sporów prawnych.

Off-label marketing — gdy sprzedaż wyprzedza medycynę

Jednym z najczęściej powtarzających się problemów w historii kar dla koncernów farmaceutycznych jest tzw. off-label marketing, czyli promowanie leków do zastosowań, które nie zostały zatwierdzone przez regulatora jako bezpieczne i skuteczne.

Samo zastosowanie leku poza wskazaniem nie zawsze jest czymś nielegalnym. Lekarz w określonych sytuacjach może podejmować takie decyzje. Problem zaczyna się wtedy, gdy firma zamienia takie użycie w strategię sprzedażową.

Mechanizm jest prosty. Lek jest zatwierdzony do jednego wskazania, ale firma widzi możliwość większej sprzedaży w innych grupach pacjentów. Jeśli zaczyna promować takie zastosowania, rynek leku może rosnąć szybciej niż oficjalna wiedza o jego bezpieczeństwie i skuteczności w tych obszarach.

W 2009 roku Pfizer zgodził się zapłacić 2,3 mld dolarów w sprawie dotyczącej m.in. leku Bextra i nielegalnej promocji produktów. Departament Sprawiedliwości USA określał tę ugodę jako największą wówczas ugodę dotyczącą oszustw w ochronie zdrowia w historii resortu.

Również w 2009 roku Eli Lilly zgodziła się zapłacić 1,415 mld dolarów w sprawie Zyprexy. Chodziło o promocję leku poza zatwierdzonymi wskazaniami. W skład ugody wchodziła m.in. grzywna karna w wysokości 515 mln dolarów.

W 2012 roku Abbott Laboratories zgodziło się zapłacić 1,5 mld dolarów w sprawie Depakote. Zarzuty dotyczyły promocji zastosowań niezatwierdzonych jako bezpieczne i skuteczne, w tym kierowania działań marketingowych do obszarów szczególnie wrażliwych, takich jak pacjenci starsi z demencją.

W tym samym 2012 roku GlaxoSmithKline zgodziło się zapłacić 3 mld dolarów. Sprawa obejmowała m.in. Paxil, Wellbutrin i Avandię. Dotyczyła nielegalnej promocji, problemów z raportowaniem danych bezpieczeństwa oraz innych naruszeń.

W 2013 roku Johnson & Johnson i Janssen zgodziły się zapłacić ponad 2,2 mld dolarów w sprawach dotyczących m.in. Risperdalu, Invegi i Natrecoru. Zarzuty obejmowały promocję poza wskazaniami oraz kickbacki, czyli niedozwolone korzyści mające wpływać na przepisywanie produktów.

To nie wygląda jak seria drobnych błędów administracyjnych. Jeśli firma promuje lek do zastosowań, które nie zostały zatwierdzone jako bezpieczne i skuteczne, to sprzedaż zaczyna wyprzedzać medycynę. Pacjent może wtedy stać się elementem strategii marketingowej.

Dlaczego off-label marketing jest tak groźny?

Off-label marketing jest groźny nie dlatego, że lekarz nigdy nie powinien stosować leku poza zatwierdzonym wskazaniem. Medycyna zna sytuacje, w których lekarz podejmuje taką decyzję w interesie pacjenta.

Problem polega na czym innym: lekarz podejmuje decyzję kliniczną, a firma podejmuje decyzję sprzedażową. To nie są te same motywacje.

Jeśli firma systemowo promuje użycie leku poza wskazaniem, to tworzy presję rynkową. Przedstawiciele medyczni, materiały promocyjne, konferencje, opłaceni prelegenci i subtelne komunikaty mogą przesuwać praktykę lekarską w stronę zastosowań, które nie przeszły pełnej ścieżki zatwierdzenia.

Największe ryzyko dotyczy pacjentów szczególnie wrażliwych: dzieci, osób starszych, pacjentów psychiatrycznych, przewlekle chorych albo ludzi, którzy nie są w stanie samodzielnie ocenić relacji ryzyka do korzyści.

To właśnie dlatego takie sprawy nie są tylko formalnym naruszeniem zasad reklamy. Dotykają samego fundamentu medycyny: pacjent powinien być leczony zgodnie z najlepszą wiedzą, a nie zgodnie z planem sprzedażowym firmy.

Ranbaxy — kiedy problemem jest jakość produkcji

Problem nie dotyczy wyłącznie reklamy i sprzedaży. Dotyczy także jakości produkcji.

W 2013 roku producent leków generycznych Ranbaxy przyznał się do zarzutów związanych m.in. z naruszeniami standardów produkcji i składaniem fałszywych oświadczeń wobec FDA. Firma zgodziła się zapłacić 500 mln dolarów.

Ta sprawa jest ważna, bo pacjent zwykle nie ma żadnej realnej możliwości sprawdzenia, czy lek został wyprodukowany zgodnie ze standardami. Nie wejdzie do fabryki, nie zobaczy dokumentacji, nie zweryfikuje stabilności produktu. Musi polegać na regulatorach, procedurach i uczciwości producenta.

Leki generyczne są bardzo ważne dla systemów ochrony zdrowia. Obniżają koszty leczenia i zwiększają dostępność terapii. Krytyka jednej sprawy nie może więc prowadzić do prostego ataku na generyki jako takie.

Wniosek jest inny: im bardziej globalny jest łańcuch produkcji leków, tym ważniejsza staje się kontrola jakości. Jeżeli produkcja odbywa się daleko od pacjenta i często daleko od kraju, w którym lek jest używany, regulatorzy muszą mieć realne narzędzia nadzoru.

Jeżeli ten system zawodzi, pacjent zostaje bezbronny.

Gdy lekarz staje się celem marketingu

Relacja koncernów z lekarzami to temat szczególnie delikatny. Lekarz powinien podejmować decyzję w interesie pacjenta, nie w interesie działu sprzedaży.

W praktyce firmy farmaceutyczne i medyczne od lat budują relacje z lekarzami przez konferencje, szkolenia, programy edukacyjne, honoraria, konsultacje, wystąpienia i spotkania eksperckie. Część takich działań może mieć sens edukacyjny. Problem zaczyna się wtedy, gdy edukacja staje się opakowaniem dla wpływu sprzedażowego.

W 2020 roku Novartis zgodził się zapłacić 678 mln dolarów w sprawie dotyczącej programów prelegenckich. Według prokuratury programy te były w praktyce mechanizmem wypłacania korzyści lekarzom, aby skłaniać ich do przepisywania leków firmy.

Ten przykład dobrze pokazuje, że wpływ nie musi wyglądać jak koperta pod stołem. Może przybierać formę wystąpień, honorariów, spotkań, kolacji, wyjazdów, programów edukacyjnych i relacji eksperckich. Na papierze wszystko może wyglądać elegancko. W praktyce pytanie brzmi: gdzie kończy się edukacja, a zaczyna kupowanie decyzji?

Podobny problem widać przy sprzęcie medycznym. W sprawie Olympusa zarzuty dotyczyły nielegalnych płatności dla lekarzy i szpitali. Tu stawką nie jest recepta, lecz decyzje zakupowe, wybór urządzeń, standard procedur i milionowe kontrakty.

Dla pacjenta najważniejsza jest jedna sprawa: chce wierzyć, że lekarz wybiera lek, sprzęt albo procedurę dlatego, że są najlepsze dla chorego. Każdy ukryty konflikt interesów niszczy to zaufanie.

Ceny, refundacje i blokowanie konkurencji

Nie wszystkie nadużycia dotyczą bezpośrednio bezpieczeństwa produktu. Część uderza w pacjentów i państwo przez ceny, refundacje oraz ograniczanie dostępu do tańszych leków.

To mniej widowiskowa, ale bardzo ważna część problemu. Pacjent często widzi tylko cenę w aptece. Rzadziej widzi patenty, ugody, opóźnianie generyków, klasyfikacje refundacyjne i działania prawne. Państwo może płacić więcej, pacjent może płacić więcej, a tańsza alternatywa może wejść na rynek później, niż powinna.

W 2013 roku Komisja Europejska ukarała Lundbeck kwotą 93,8 mln euro, a producentów generyków łącznie kwotą 52,2 mln euro. Sprawa dotyczyła opóźniania wejścia na rynek tańszych generycznych wersji citalopramu.

W 2014 roku Komisja Europejska nałożyła łącznie 427,7 mln euro kar na Servier i producentów generycznych w sprawie peryndoprylu. Chodziło o działania mające chronić lek przed konkurencją generyczną.

Również w 2014 roku włoski urząd antymonopolowy ukarał Roche i Novartis karą ponad 180 mln euro w sprawie Avastin / Lucentis. Zarzut dotyczył działań ograniczających konkurencję na rynku leków okulistycznych.

W 2017 roku Mylan zgodził się zapłacić 465 mln dolarów za zarzuty dotyczące błędnej klasyfikacji EpiPenu w Medicaid. Według amerykańskiego Departamentu Sprawiedliwości klasyfikacja ta pozwalała firmie unikać wyższych rabatów należnych programowi publicznemu.

W 2020 roku Sandoz przyznał udział w zmowach antymonopolowych dotyczących leków generycznych. Firma zgodziła się zapłacić 195 mln dolarów kary karnej. Sprawa obejmowała m.in. podział klientów, ustawianie przetargów i ustalanie cen.

W 2023 roku Teva i Glenmark zgodziły się zapłacić odpowiednio 225 mln dolarów i 30 mln dolarów w sprawach zmów cenowych na rynku leków generycznych. Departament Sprawiedliwości USA wskazywał, że kara Tevy była największą do tego czasu karą za krajowy kartel antymonopolowy w USA.

W 2024 roku Teva zgodziła się zapłacić 450 mln dolarów w sprawach dotyczących m.in. zarzutów kickbacków, współpłatności i korzyści związanych ze zmowami cenowymi.

W takich sprawach ofiara jest mniej widoczna niż przy tragedii lekowej. Nie ma jednego zdjęcia dziecka, jednego pacjenta, jednej dramatycznej historii. Jest za to system, który płaci więcej, niż powinien. Są pacjenci, którzy mają droższy dostęp do leczenia. Są budżety publiczne drenowane przez praktyki, które ograniczają konkurencję.

To także jest problem zdrowotny. Lek, którego pacjent nie może kupić albo którego państwo nie refunduje z powodu zawyżonych kosztów, jest dla chorego tak samo niedostępny jak lek, którego nie ma.

Opioidy — legalny produkt i społeczna katastrofa

Najmocniejszym współczesnym przykładem systemowej katastrofy jest kryzys opioidowy w Stanach Zjednoczonych.

Ta historia jest szczególnie ważna, bo nie zaczęła się od czarnego rynku. Zaczęła się w legalnym systemie: od leków, recept, lekarzy, firm farmaceutycznych, konferencji, promocji, ubezpieczeń, aptek i regulatorów.

Opioidy mają swoje miejsce w medycynie. Mogą być potrzebne w leczeniu silnego bólu, w onkologii, po operacjach i w opiece paliatywnej. Problem pojawił się wtedy, gdy leki opioidowe zaczęto promować i przepisywać szerzej, a ryzyko uzależnienia i nadużywania zostało społecznie i medycznie zbagatelizowane.

Najbardziej znanym symbolem kryzysu stało się Purdue Pharma i OxyContin. Firma była oskarżana o działania, które przyczyniły się do masowego przepisywania opioidów i bagatelizowania ryzyka. Skutkiem był kryzys uzależnień, przedawkowań, rozbitych rodzin i śmierci na ogromną skalę.

W 2019 roku Insys Therapeutics zgodził się na globalne porozumienie w wysokości 225 mln dolarów. Sprawa dotyczyła Subsys, fentanylowego leku przeciwbólowego, oraz zarzutów związanych z nielegalnymi praktykami marketingowymi i kickbackami.

W 2020 roku Departament Sprawiedliwości USA ogłosił globalne porozumienie w sprawach karnych i cywilnych dotyczących Purdue Pharma, producenta OxyContinu. Purdue miała przyznać się do trzech federalnych zarzutów karnych. W komunikacie wskazywano m.in. na grzywnę karną 3,544 mld dolarów, 2 mld dolarów przepadku karnego oraz cywilną ugodę na 2,8 mld dolarów, choć realne wykonanie tych zobowiązań było powiązane z postępowaniem upadłościowym.

W 2025 roku ogłoszono porozumienie na poziomie 7,4 mld dolarów z udziałem Purdue Pharma i rodziny Sacklerów. Według komunikatów prokuratorów generalnych miało ono zakończyć kontrolę Sacklerów nad Purdue oraz zakazać im sprzedaży opioidów w USA.

W 2026 roku Departament Sprawiedliwości USA poinformował o wyroku wobec Purdue Pharma obejmującym 3,544 mld dolarów grzywny karnej oraz 2 mld dolarów przepadku karnego, ocenianych w związku z postępowaniem upadłościowym.

Purdue nie była jedyną firmą objętą sprawami opioidowymi.

W 2021–2022 roku Johnson & Johnson finalizował ogólnokrajową ugodę opioidową do 5 mld dolarów, podkreślając przy tym, że nie oznacza ona przyznania odpowiedzialności.

W 2022 roku Teva ogłaszała ugodę opioidową na poziomie około 4,25 mld dolarów. W tym samym okresie Allergan / AbbVie uzgadniał ugodę dotyczącą roszczeń opioidowych na poziomie około 2,37 mld dolarów.

Również w 2022 roku Mallinckrodt uzyskał zatwierdzenie planu restrukturyzacji obejmującego ugodę opioidową około 1,7 mld dolarów. Później firma ponownie przechodziła restrukturyzację, a zobowiązania wobec wierzycieli opioidowych były zmieniane.

Kryzys opioidowy pokazuje coś szczególnie niepokojącego. Katastrofa może nie przyjść z nielegalnego świata, ale z legalnego systemu. Legalny lek, legalne recepty, legalne firmy, legalni lekarze, legalne reklamy i legalne procedury mogą razem stworzyć mechanizm prowadzący do uzależnień, śmierci i społecznego spustoszenia.

Dlaczego kryzys opioidowy jest tak ważny?

Kryzys opioidowy jest jednym z najmocniejszych argumentów przeciwko ślepej wierze w samoregulację rynku medycznego. Pokazał, że jeśli produkt przynosi gigantyczne pieniądze, a ryzyko jest rozproszone społecznie, system może bardzo długo reagować z opóźnieniem.

Firma liczy sprzedaż. Lekarz widzi pacjenta z bólem. Pacjent chce ulgi. Ubezpieczyciel i system ochrony zdrowia działają według procedur. Regulatorzy analizują dane. A jednocześnie w tle rośnie skala uzależnień.

W takich sytuacjach nie wystarczy mówić, że „pacjent powinien uważać”. Pacjent nie ma wiedzy firmy, zasobów regulatora ani możliwości oceny strategii marketingowej. Jest na końcu łańcucha, który zaczyna się daleko od gabinetu lekarskiego.

Opioidy pokazują też, że problem medyczny może stać się problemem społecznym. Uzależnienie jednego pacjenta wpływa na rodzinę, pracę, lokalną społeczność, przestępczość, system ratownictwa, sądy, opiekę społeczną i całe regiony.

To właśnie dlatego mówienie o karach i ugodach jako o zwykłych kosztach prawnych jest niewystarczające. W takich sprawach liczby finansowe nigdy nie oddają pełnej skali strat.

Co łączy te sprawy?

Opisane sprawy nie są identyczne. Jedne dotyczyły bezpieczeństwa leków, inne marketingu, jeszcze inne cen, refundacji, urządzeń medycznych albo odpowiedzialności za kryzys społeczny. Łączą je jednak powtarzalne mechanizmy.

Pierwszy to presja sprzedażowa. Lek lub wyrób medyczny może być promowany agresywnie, zanim społeczeństwo i system nadzoru w pełni zrozumieją ryzyko.

Drugi to przesuwanie granic wskazań. Off-label marketing pokazuje, że firma może próbować rozszerzać rynek szybciej, niż pozwala na to oficjalna ocena bezpieczeństwa i skuteczności.

Trzeci to wpływ na lekarzy i instytucje. Kickbacki, programy prelegenckie, honoraria i inne korzyści mogą zaburzać zaufanie do decyzji medycznych.

Czwarty to ceny i blokowanie konkurencji. Pacjent często widzi tylko cenę w aptece. Rzadziej widzi patenty, ugody, opóźnianie generyków, klasyfikacje refundacyjne i zmowy cenowe.

Piąty to ugody bez pełnego publicznego rozliczenia. Dla firmy ugoda może być kosztem działalności. Dla poszkodowanego pacjenta szkoda może być dożywotnia.

Szósty to asymetria wiedzy. Firma wie więcej niż pacjent. Często wie więcej niż lekarz. Ma dane, analizy, sygnały rynkowe, dokumenty wewnętrzne, budżety prawne i zespoły ekspertów. Pacjent ma zaufanie.

Siódmy to czas reakcji. W wielu sprawach kluczowe jest pytanie, kiedy firma wiedziała o ryzyku, kiedy regulator wiedział o ryzyku i jak szybko zareagowano. Każdy miesiąc zwłoki może oznaczać tysiące kolejnych pacjentów narażonych na szkodę.

Dlaczego ugody nie zamykają problemu?

Wielkie ugody robią wrażenie. 2,3 mld dolarów. 3 mld dolarów. 4,85 mld dolarów. 7,4 mld dolarów. Dla zwykłego człowieka to kwoty niewyobrażalne.

Dla globalnego koncernu taka kwota może być bolesna, ale bywa też elementem zarządzania ryzykiem. Firma płaci, podpisuje porozumienie, zmienia procedury, przyjmuje zobowiązania zgodności, a następnie działa dalej.

Nie każda ugoda oznacza przyznanie winy. W wielu komunikatach firmy wyraźnie podkreślają, że zawarcie porozumienia nie jest przyznaniem odpowiedzialności. Z perspektywy prawnej to istotne. Z perspektywy społecznej pozostawia jednak niedosyt.

Pacjent, który stracił zdrowie, nie odzyska go dlatego, że firma zapłaciła. Rodzina, która straciła bliskiego, nie dostaje z powrotem życia. System ochrony zdrowia, który latami przepłacał, nie odzyskuje w pełni zaufania.

Ugody są potrzebne, ale nie mogą zastępować pamięci. Jeśli każda afera kończy się przelewem i zapomnieniem, system niczego się nie uczy.

Zaufanie bez kontroli jest błędem

Z tych historii nie wynika, że każdy lek jest zły, każdy lekarz przekupiony, a cała medycyna podejrzana. To byłby wniosek fałszywy i szkodliwy.

Wynika z nich coś innego: wielkie koncerny medyczne nie są instytucjami moralnymi. Są podmiotami interesu.

Mogą tworzyć produkty ratujące życie. Mogą też ukrywać ryzyko, naciskać na sprzedaż, wpływać na lekarzy, blokować konkurencję i drenować publiczne budżety. Jedno nie wyklucza drugiego.

Dlatego w sprawach zdrowia nie wystarczy hasło „zaufaj ekspertom”, jeśli za ekspertami stoją pieniądze, patenty, kontrakty, granty, akcjonariusze i marketing. Zaufanie ma sens tylko wtedy, gdy idzie razem z jawnością danych, niezależną kontrolą, odpowiedzialnością prawną i realną debatą publiczną.

Pamięć o czarnych kartach koncernów medycznych nie jest antynauką. Jest warunkiem dojrzałej rozmowy o zdrowiu, państwie i władzy korporacji.

Tam, gdzie chodzi o życie, zdrowie i miliardy dolarów, ślepa wiara nie jest cnotą. Jest ryzykiem.

Źródła i materiały pomocnicze

Dodaj komentarz

Sprawdź również:

Preferencje plików cookies

Inne

Inne pliki cookie to te, które są analizowane i nie zostały jeszcze przypisane do żadnej z kategorii.

Niezbędne

Niezbędne
Niezbędne pliki cookie są absolutnie niezbędne do prawidłowego funkcjonowania strony. Te pliki cookie zapewniają działanie podstawowych funkcji i zabezpieczeń witryny. Anonimowo.

Reklamowe

Reklamowe pliki cookie są stosowane, by wyświetlać użytkownikom odpowiednie reklamy i kampanie marketingowe. Te pliki śledzą użytkowników na stronach i zbierają informacje w celu dostarczania dostosowanych reklam.

Analityczne

Analityczne pliki cookie są stosowane, by zrozumieć, w jaki sposób odwiedzający wchodzą w interakcję ze stroną internetową. Te pliki pomagają zbierać informacje o wskaźnikach dot. liczby odwiedzających, współczynniku odrzuceń, źródle ruchu itp.

Funkcjonalne

Funkcjonalne pliki cookie wspierają niektóre funkcje tj. udostępnianie zawartości strony w mediach społecznościowych, zbieranie informacji zwrotnych i inne funkcjonalności podmiotów trzecich.

Wydajnościowe

Wydajnościowe pliki cookie pomagają zrozumieć i analizować kluczowe wskaźniki wydajności strony, co pomaga zapewnić lepsze wrażenia dla użytkowników.