Na osiedlowym boisku w Suwałkach czternastoletni chłopiec schyla się po zrzucone okulary. Wtedy otrzymuje potężny cios w twarz. Traci przytomność. Z połamanymi kośćmi twarzoczaszki i dnem oczodołu trafia do szpitala.
Sprawca ma być rówieśnikiem z Ukrainy, trenującym kick-boxing. Wie, jak uderzyć. Po zdarzeniu odchodzi wraz z kolegami.
W normalnie funkcjonującym państwie dalszy ciąg tej historii powinien być oczywisty: zabezpieczenie dowodów, przesłuchanie świadków, ustalenie odpowiedzialności i szybkie rozstrzygnięcie sprawy. Tymczasem – według relacji rodziny nagłośnionej przez Sławomira Mentzena – na pierwszy plan zaczęło wysuwać się nie tylko brutalne pobicie, lecz także zawiadomienie przeciwko pobitemu chłopcu i jego kolegom. Zarzucono im znieważenie na tle narodowościowym.
Nagle ofiara sama musiała się tłumaczyć.
Trudno nie dostrzec, że podobny mechanizm pojawia się dziś w zupełnie innej, znacznie poważniejszej dyskusji – w sporze o rzeź wołyńską. Najpierw następuje przemoc, później zaczyna się poszukiwanie słów, wydarzeń i krzywd, które miały ją rzekomo sprowokować. W przypadku Suwałk słyszymy o możliwych wyzwiskach. W przypadku Wołynia – o polityce II Rzeczypospolitej i „dziesięcioleciach poniżeń Ukraińców”.
Skala obu wydarzeń jest oczywiście nieporównywalna. Łączy je jednak niebezpieczny sposób rozumowania: zamiast jednoznacznie potępić sprawcę, część uwagi przenosi się na zachowanie ofiary.
A stąd już tylko krok do sugestii, że sama była winna temu, co ją spotkało.
Suwałki: brutalne pobicie podczas dziecięcego meczu
Według relacji przedstawionej publicznie przez Sławomira Mentzena do zdarzenia doszło w marcu 2026 roku na jednym z boisk w Suwałkach. Polska i ukraińska młodzież rozgrywała wspólnie mecz piłki nożnej.
Gdy polska drużyna zaczęła wygrywać, gra miała stać się coraz bardziej agresywna. Jeden z ukraińskich nastolatków – mający trenować kick-boxing – najpierw zrzucił okulary czternastoletniemu Polakowi, a następnie uderzył go w chwili, gdy chłopiec schylił się, aby je podnieść.
Cios był tak silny, że nastolatek stracił przytomność. Stwierdzono u niego wstrząśnienie mózgu oraz złamania kości twarzoczaszki i dna oczodołu. Przez kilka dni przebywał w szpitalu.
To nie był zwykły szkolny konflikt, przepychanka ani przypadkowy faul podczas gry. Opisywane obrażenia wskazują na poważny akt przemocy, który mógł zakończyć się jeszcze większą tragedią.
Sprawca i jego koledzy mieli oddalić się z miejsca zdarzenia. Przy poszkodowanym zostali natomiast jego koledzy, którzy wezwali pomoc. Rodzice chłopca zgłosili sprawę na policję.
Wtedy wydarzenia przybrały zaskakujący obrót.
Kiedy oskarżenie staje się metodą obrony
Okazało się, że rodzina domniemanego sprawcy również złożyła zawiadomienie. Polski nastolatek i jego koledzy zostali oskarżeni o znieważenie na tle narodowościowym.
Nie znamy kompletnych akt sprawy ani treści wszystkich zeznań. Nie należy więc przesądzać, czy podczas meczu rzeczywiście padały obraźliwe słowa. Trzeba to rzetelnie wyjaśnić.
Jednocześnie należy powiedzieć jasno: żadne wyzwisko nie daje prawa do roztrzaskania drugiemu człowiekowi twarzy.
Słowa i przemoc fizyczna są dwiema różnymi sprawami. Jeżeli ktoś dopuścił się znieważenia, może ponieść przewidzianą prawem odpowiedzialność. Jeżeli jednak ktoś w odpowiedzi zadał cios powodujący utratę przytomności i złamania twarzoczaszki, odpowiada za ten czyn niezależnie od tego, co wcześniej usłyszał.
Nie wolno tworzyć systemu, w którym wystarczy oskarżyć pobitego człowieka o ksenofobię, aby sprawca przemocy sam zaczął występować w roli pokrzywdzonego.
Według relacji Mentzena sprawa dotycząca domniemanego znieważenia trafiła do sądu rodzinnego. Rodziny polskich chłopców zaczęli odwiedzać kuratorzy. Pytano o sytuację materialną, warunki mieszkaniowe oraz relacje rodzinne. Rodzice mieli odebrać te działania jako próbę wywierania presji i przedstawienia ich rodzin jako środowisk patologicznych.
Policja miała wyjaśniać, że działa na polecenie sądu i zgodnie z obowiązującymi procedurami. Nawet jeżeli formalnie tak było, nie zamyka to dyskusji. Procedura nie jest świętością istniejącą poza oceną moralną i zdrowym rozsądkiem. Jeżeli jej stosowanie powoduje, że ciężko pobity chłopiec i świadkowie napaści czują się traktowani jak sprawcy, państwo musi sprawdzić, czy nie doszło do odwrócenia podstawowej hierarchii.
Narodowość nie może być ani oskarżeniem, ani immunitetem
Nie chodzi o to, aby odpowiedzialnością za czyn jednego nastolatka obarczać wszystkich Ukraińców. Odpowiedzialność karna lub wynikająca z ustawy o wspieraniu i resocjalizacji nieletnich ma charakter indywidualny. Nie odpowiada naród. Odpowiada konkretny sprawca.
Dokładnie z tego samego powodu narodowość sprawcy nie może działać jak immunitet.
Państwo polskie ma obowiązek chronić każdego człowieka znajdującego się na jego terytorium. Jednocześnie jego szczególnym obowiązkiem jest zapewnienie polskim obywatelom poczucia, że we własnym kraju nie są traktowani gorzej tylko dlatego, że druga strona konfliktu należy do mniejszości narodowej albo środowiska objętego polityczną ochroną.
Walka z dyskryminacją nie może oznaczać dyskryminacji w drugą stronę. Ochrona mniejszości nie może prowadzić do domniemania winy większości. Oskarżenie o ksenofobię nie może być zasłoną dymną rzucaną nad pobiciem.
Sprawa suwalska wymaga zatem pełnego, jawnego i równego potraktowania obu postępowań. Opinia publiczna ma prawo dowiedzieć się:
- jakie działania podjęto wobec osoby podejrzewanej o zadanie ciosu;
- jakie dowody zabezpieczono;
- czy przesłuchano wszystkich świadków;
- dlaczego sprawa dotycząca domniemanych zniewag znalazła się w sądzie, podczas gdy rodzina poszkodowanego alarmowała o braku postępów w sprawie pobicia;
- czy wywiady kuratorskie były rutynową czynnością, czy przybrały formę nadmiernej presji na ofiarę i świadków.
Bez tych odpowiedzi pozostanie podejrzenie, że instytucje państwa większą wagę przywiązują do kontroli języka niż do ochrony człowieka przed fizyczną przemocą.
„Wołyń nie wziął się z niczego” – zdanie, którego nie wolno pozostawić bez odpowiedzi
W tym samym czasie ukraiński publicysta Mykoła Riabczuk udzielił Polskiej Agencji Prasowej wywiadu dotyczącego stosunków polsko-ukraińskich i sporu o UPA.
Stwierdził, że „dziesięciolecia poniżeń Ukraińców spowodowały eksplozję nienawiści wobec Polaków na Wołyniu”. Dodał, że polskie społeczeństwo nie potrafi zrozumieć, iż „Wołyń nie wziął się z niczego”.
To nie jest niewinne zdanie o potrzebie poznawania historycznego kontekstu. W połączeniu z twierdzeniem o „eksplozji nienawiści” wywołanej przez wcześniejsze poniżenia brzmi ono jak próba rozłożenia odpowiedzialności pomiędzy sprawców i ofiary.
Takiej narracji nie wolno akceptować.
Można badać politykę II Rzeczypospolitej. Można krytykować działania władz, pacyfikację z 1930 roku, burzenie cerkwi, politykę osadniczą, dyskryminację części ludności ukraińskiej czy ograniczanie jej aspiracji narodowych. Historyk ma obowiązek analizować również błędy i nadużycia państwa polskiego.
Ale żaden z tych faktów nie jest usprawiedliwieniem ludobójstwa.
Żaden.
Nie istnieje polityka narodowościowa, która dawałaby prawo do ludobójstwa. Nie istnieje wcześniejsza krzywda, która usprawiedliwiałaby palenie całych wsi i eksterminację bezbronnych rodzin. Nie istnieje konflikt polityczny, który zdejmowałby odpowiedzialność z organizatorów i wykonawców planowej czystki etnicznej.
Mówienie o polityce II RP w sposób sugerujący związek usprawiedliwiający między nią a ludobójstwem jest moralnym szantażem wobec ofiar.
Zamordowane dzieci nie prowadziły polityki polonizacyjnej. Kobiety zabijane we własnych domach nie podejmowały decyzji administracyjnych. Zabijani ludzie nie kierowali państwem- a to właśnie oni stali się celem zbrodniczego programu tylko dlatego, że byli Polakami.
Ludobójstwo nie było „spontaniczną eksplozją”
Sformułowanie o „eksplozji nienawiści” może tworzyć wrażenie, że rzeź wołyńska była żywiołowym wybuchem społecznego gniewu. Jakby nagromadzone emocje wymknęły się spod kontroli, a zbrodnia była tragicznym, lecz spontanicznym następstwem wcześniejszych napięć.
To obraz fałszywy.
Rzeź wołyńska nie była przypadkową bójką między sąsiadami ani niekontrolowanym buntem. Była zorganizowaną akcją wymierzoną w polską ludność cywilną. Jej celem było usunięcie Polaków z terenów uznawanych przez ukraińskich nacjonalistów za przyszłe państwo ukraińskie.
Kulminacją mordów była krwawa niedziela 11 lipca 1943 roku, kiedy oddziały UPA zaatakowały równocześnie dziesiątki polskich miejscowości. Wybierano dzień, w którym ludzie gromadzili się w kościołach. Atakowano całe rodziny. Mordowano bez względu na wiek i płeć. Niszczenie polskich społeczności było systematyczne, a nie przypadkowe.
Dlatego nie wolno zastępować pojęć. To nie była po prostu „tragedia”, „konflikt” ani „wojna dwóch narodów”. Było to ludobójstwo dokonane na polskiej ludności cywilnej przez Organizację Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińską Powstańczą Armię przy udziale części miejscowej ludności.
W działaniach odwetowych ginęli również ukraińscy cywile i także te zbrodnie należy potępić oraz badać. Nie zmienia to jednak charakteru, skali ani celu operacji prowadzonej przez OUN-UPA. Symetryzowanie obu zjawisk służy rozmyciu odpowiedzialności, a nie dochodzeniu do prawdy.
Nie wolno żądać „zamrożenia” pamięci
Mykoła Riabczuk zaproponował, aby debatę historyczną o UPA zamrozić przynajmniej do zakończenia wojny z Rosją. Tłumaczył, że we współczesnej Ukrainie UPA postrzegana jest przede wszystkim jako formacja walcząca po 1945 roku przeciwko Związkowi Sowieckiemu. To dziedzictwo ma być dla walczącego państwa tak ważne, że obecnie nie może się go wyrzec.
Taka propozycja jest nie do przyjęcia.
Nie można oczekiwać od Polski zamrożenia pamięci o ofiarach, gdy na Ukrainie jednocześnie odbywa się gloryfikowanie organizacji i postaci związanych z tradycją OUN-UPA. Nie można uciszać polskich rodzin, odsuwać ekshumacji i żądać rezygnacji z prawdy w imię bieżącego interesu politycznego, pozostawiając drugiej stronie pełną swobodę budowania kultu sprawców.
Wojna z Rosją nie zmienia siekier w symbole wolności. Nie unieważnia dołów śmierci. Nie odbiera polskim rodzinom prawa do odnalezienia, identyfikacji i godnego pochowania bliskich.
Pomoc udzielana Ukrainie również nie może oznaczać obowiązku milczenia.
Sojusze państw bywają wynikiem interesów. Pojednanie narodów wymaga jednak prawdy. Jeżeli od Polski oczekuje się solidarności, Ukraina musi zrozumieć, że nie można budować tej solidarności na kulcie ludzi odpowiedzialnych za mordowanie Polaków.
Historia się powtarza wtedy, gdy odwracamy role
Riabczuk, mówiąc o współczesnej Polsce, użył określenia „cicha faszyzacja części społeczeństwa”. Odpowiedzialność za pogorszenie relacji polsko-ukraińskich przypisał przede wszystkim polskiej prawicy i narastającej niechęci wobec Ukraińców.
Nie wolno zaprzeczać, że w Polsce zdarzają się zgłoszenia aktów wrogości wobec obywateli Ukrainy. Każdy taki przypadek powinien być oceniany indywidualnie i – jeśli łamie prawo – ścigany.
Nie można jednak nazywać faszyzacją każdego sprzeciwu wobec polityki ukraińskich władz, przywilejów, kultu UPA czy niewyjaśnionych przestępstw. Taka etykieta ma często zamknąć debatę, zanim jeszcze padną pytania.
Mechanizm jest podobny do tego, który budzi sprzeciw w sprawie suwalskiej. Pojawia się konkretna krzywda, ale rozmowa szybko przenosi się na domniemaną winę pokrzywdzonego. Pobity chłopiec ma tłumaczyć się ze słów. Polacy zamordowani na Wołyniu zostają wpisani w opowieść o „dziesięcioleciach poniżeń Ukraińców”.
To odwrócenie ról.
Żaden człowiek nie uzyskuje prawa do brutalnego pobicia dlatego, że został obrażony. Żadna organizacja nie uzyskuje prawa do ludobójstwa dlatego, że wcześniejsza polityka państwa była niesprawiedliwa.
Sprawca odpowiada za przemoc. Ofiara nie odpowiada za to, że została zaatakowana.
Jedna miara wobec wszystkich
Polska potrzebuje uczciwej polityki wobec Ukrainy – bez zbiorowej nienawiści, ale również bez uniżoności, przemilczeń i pobłażania.
Ukrainiec, który uczciwie żyje w Polsce, pracuje, przestrzega prawa i szanuje kraj gospodarza, nie może odpowiadać za przestępstwo innego Ukraińca ani za zbrodnie sprzed ponad osiemdziesięciu lat.
Ale sprawca pobicia nie może być traktowany łagodniej ze względu na swoje pochodzenie. Człowiek gloryfikujący UPA nie może zasłaniać się współczesną wojną. Ukraiński publicysta nie może przerzucać części moralnej odpowiedzialności za ludobójstwo na zamordowanych Polaków, powołując się na politykę II Rzeczypospolitej.
Nie ma i nie będzie pobłażania dla ludobójstwa.
Nie ma usprawiedliwienia dla masowego mordowania ludności cywilnej.
Nie ma takiego historycznego kontekstu, który zamieniałby sprawców w ofiary, a ofiary w winnych własnej śmierci.
Możemy rozmawiać o błędach II Rzeczypospolitej, ale dopiero po jednoznacznym ustaleniu granicy: błędy państwa nie usprawiedliwiają ludobójstwa. Nigdy. Pod żadnym warunkiem.
Jeżeli mamy budować dobre stosunki polsko-ukraińskie, nie mogą one opierać się na obowiązku zapominania. Fundamentem musi być prawda, ekshumacje, godne pochówki, rezygnacja z kultu ludobójców oraz równe traktowanie Polaków i Ukraińców przez polskie instytucje.
Bez tego nie będzie pojednania. Będzie jedynie wymuszona cisza, pod którą nadal narasta gniew.
Źródła
Film:
- Relacja dotycząca pobicia czternastolatka w Suwałkach oraz interwencji Sławomira Mentzena
- Onet/PAP: Mykoła Riabczuk o UPA, Wołyniu i relacjach polsko-ukraińskich
- Grzegorz Motyka, Od rzezi wołyńskiej do akcji „Wisła”. Konflikt polsko-ukraiński 1943–1947, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2011.
- Ewa Siemaszko, Władysław Siemaszko, Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939–1945, Wydawnictwo von Borowiecky, Warszawa 2000.
- Grzegorz Motyka, Ukraińska partyzantka 1942–1960. Działalność Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińskiej Powstańczej Armii, Instytut Studiów Politycznych PAN, Oficyna Wydawnicza Rytm, Warszawa 2006.
- Władys