Spirala milczenia – dlaczego ludzie boją się mówić, co myślą

A+A-
Zresetuj

Spotkanie trwa już ponad godzinę. Prowadzący przedstawia rozwiązanie, które wyraźnie budzi wątpliwości, ale po każdym pytaniu w sali zapada cisza. Jedna osoba nie zabiera głosu, ponieważ nie chce wyjść na konfliktową. Druga sądzi, że skoro pozostali milczą, najwyraźniej tylko ona dostrzega problem. Trzecia pamięta, jak potraktowano kogoś, kto wcześniej zakwestionował decyzję przełożonego. Gdy prowadzący pyta, czy wszyscy się zgadzają, nikt nie protestuje.

Po spotkaniu rozmowy wyglądają zupełnie inaczej. Okazuje się, że zastrzeżenia miała większość uczestników. Każdy jednak obserwował publiczne zachowanie pozostałych, a nie ich prywatne myśli. Wspólne milczenie zostało odczytane jako wspólna zgoda. Ludzie, którzy w rzeczywistości myśleli podobnie, wzajemnie utwierdzili się w przekonaniu, że są osamotnieni.

To prosty obraz mechanizmu, który niemiecka badaczka opinii publicznej Elisabeth Noelle-Neumann nazwała w 1974 roku spiralą milczenia. Teoria nie mówi, że ludzie nie mają własnych poglądów ani że zawsze podporządkowują się większości. Pokazuje coś bardziej subtelnego: gotowość do ujawnienia opinii zależy nie tylko od tego, co człowiek uważa za prawdziwe, lecz także od tego, jak ocenia społeczne położenie własnego stanowiska.

Spirala milczenia zaczyna się wtedy, gdy ludzie uznający swój pogląd za niepopularny wycofują się z publicznej rozmowy. Ich cisza sprawia, że stanowisko dominujące wydaje się jeszcze silniejsze, a kolejni uczestnicy debaty nabierają przekonania, że sprzeciw oznacza samotność.

Opinia publiczna jako system społecznych kar

W potocznym rozumieniu opinia publiczna jest sumą odpowiedzi udzielonych w sondażu. Dla Noelle-Neumann miała również drugie znaczenie: jest zbiorem poglądów, które można wyrażać publicznie bez obawy przed izolacją, oraz tych, których deklarowania oczekuje otoczenie. Nie chodzi więc wyłącznie o liczebność zwolenników, lecz o społeczną dopuszczalność stanowiska.

Izolacja nie musi oznaczać wyrzucenia ze wspólnoty. Częściej przybiera lżejsze, ale dotkliwe formy: kpinę, pobłażliwy uśmiech, przypisanie złych intencji, pominięcie przy awansie, utratę zaproszeń, gwałtowną kłótnię w rodzinie albo przyklejenie etykiety, która zaczyna zastępować wszystkie argumenty. Człowiek ocenia nie tylko to, czy potrafi obronić swój pogląd, ale także to, czy wypowiedź nie zmieni jego pozycji w grupie.

Według klasycznej teorii ludzie stale obserwują otoczenie i próbują rozpoznać „klimat opinii”. Noelle-Neumann opisywała tę zdolność jako rodzaj quasi-statystycznego zmysłu. Nie prowadzimy obliczeń, lecz wychwytujemy sygnały: kto mówi pewnie, kto otrzymuje poparcie, z czego wolno żartować, jakie stanowisko pojawia się w mediach bez wyjaśnienia, a jakie zawsze poprzedza ostrzegawcza etykieta.

Jeżeli własny pogląd wydaje się zyskiwać poparcie, rośnie gotowość do jego ujawniania. Jeśli wygląda na przegrywający lub społecznie ryzykowny, część ludzi wycofuje się z rozmowy. W ten sposób nierówna gotowość do mówienia może zmienić obraz całej debaty, nawet zanim zmienią się prywatne przekonania jej uczestników.

Milczenie nie jest głosem oddanym na większość

Najważniejszym błędem jest utożsamianie tego, co widoczne, z tym, co powszechne. W każdej debacie mogą istnieć co najmniej trzy różne wielkości: rzeczywisty rozkład prywatnych opinii, rozkład opinii publicznie wyrażanych oraz społeczne wyobrażenie o tym, co myśli większość. Te trzy obrazy nie muszą się pokrywać.

Dziesięć osób powtarzających stanowisko codziennie może być bardziej widocznych niż tysiąc osób, które uważa je za błędne, lecz nie widzą powodu, aby o tym mówić. Z kolei człowiek występujący przeciwko dominującej normie może sprawiać wrażenie przedstawiciela wielkiej, ukrytej większości, choć reprezentuje jedynie aktywną mniejszość. Głośność nie dowodzi liczebności, a cisza nie dowodzi zgody.

Bliskim, ale odrębnym zjawiskiem jest pluralistyczna niewiedza. Powstaje, gdy wiele osób prywatnie odrzuca daną normę, lecz każda z nich błędnie sądzi, że pozostali ją akceptują. Ludzie dostosowują więc publiczne zachowanie do normy, której faktycznie nie popiera prawie nikt. Ponieważ widzą u innych takie samo dostosowanie, otrzymują pozorne potwierdzenie własnej pomyłki.

Deborah Prentice i Dale Miller pokazali ten mechanizm w badaniach nad stosunkiem studentów Uniwersytetu Princeton do kultury picia alkoholu. Studenci oceniali siebie jako bardziej niechętnych kampusowym praktykom niż przeciętny student, choć podobny dystans występował u wielu osób. W jednym z badań błędnie postrzegana norma nie pozostała wyłącznie pomyłką poznawczą: część studentów z czasem przesuwała własne nastawienie w kierunku tego, co uważała za stanowisko grupy. Fałszywy obraz większości zaczął wpływać na rzeczywiste postawy.

Spirala potrzebuje informacji o tym, „co myślą inni”

Nikt nie ma dostępu do przekonań całego społeczeństwa. Klimat opinii rekonstruujemy z fragmentów: rozmów, zachowania znajomych, wypowiedzi polityków, wyników sondaży, programów informacyjnych, nagłówków, komentarzy i reakcji w mediach społecznościowych. Problem polega na tym, że każdy z tych wskaźników jest selektywny.

Media nie muszą przekonywać odbiorców do konkretnego stanowiska, aby wpłynąć na ich ocenę sytuacji. Wystarczy, że pokazują jedną stronę jako naturalne centrum debaty, a drugą jako osobliwość wymagającą usprawiedliwienia. Znaczenie ma dobór gości, liczba powtórzeń, kolejność wypowiedzi i język zapowiedzi. Jeżeli jeden pogląd przedstawiany jest jako „stanowisko ekspertów”, a drugi jako „kontrowersyjna teza”, odbiorca otrzymuje informację nie tylko o treści sporu, ale też o hierarchii społecznego bezpieczeństwa.

Podobną rolę mogą odgrywać sondaże. Rzetelne badanie dostarcza potrzebnej wiedzy, lecz jego wynik jest jednocześnie wiadomością o położeniu poszczególnych stanowisk. Informacja, że jakaś opcja prowadzi, może ośmielić jej zwolenników. Komunikat, że inna znajduje się na marginesie, może zniechęcić część jej sympatyków do publicznego wystąpienia. Nie wynika z tego, że sondaże należy ukrywać. Trzeba natomiast odróżnić pomiar opinii od wpływu, jaki publikacja pomiaru wywiera na dalszą debatę.

Asch pokazał presję grupy, nie całą spiralę

W dyskusjach o milczeniu często przywołuje się eksperymenty Solomona Ascha z lat 50. Uczestnicy mieli porównywać długość linii, a zadanie było celowo proste. W grupie znajdowali się jednak współpracownicy badacza, którzy w wybranych rundach jednogłośnie podawali oczywiście błędną odpowiedź. Badany odpowiadał po nich, słysząc wcześniej zgodne stanowisko grupy.

Wynik nie oznaczał, że ludzie bezmyślnie przyjmują każdą opinię większości. Wielu uczestników pozostało niezależnych, a łącznie poprawne odpowiedzi nadal przeważały. Presja była jednak wyraźna: w krytycznych próbach około jedna trzecia odpowiedzi badanych zgadzała się z błędną odpowiedzią grupy. Relacje uczestników wskazywały zarówno na zwątpienie we własny osąd, jak i na niechęć do wyróżniania się.

Eksperyment Ascha dotyczył konformizmu w kontrolowanej sytuacji, a nie bezpośrednio teorii spirali milczenia, która powstała później i odnosi się do publicznych sporów oraz postrzeganego klimatu opinii. Zestawienie obu koncepcji jest jednak użyteczne. Pokazuje, że człowiek może znać własną odpowiedź, a mimo to uznać publiczne odstępstwo od grupy za kosztowne.

Szczególnie ważne było to, że jednomyślność grupy miała większe znaczenie niż sama liczba osób. Gdy pojawiał się choć jeden sojusznik podważający błędny konsensus, presja wyraźnie słabła. Samotny głos nie musi przekonać większości, aby zmienić sytuację. Wystarczy, że pokaże pozostałym, iż sprzeciw istnieje i można go wypowiedzieć.

Autocenzura rzadko wygląda jak całkowita cisza

Ludzie nie wybierają wyłącznie między odważnym wystąpieniem a milczeniem. Badania nad unikaniem wyrażania opinii pokazują cały repertuar zachowań pośrednich. Można zmienić temat, odpowiedzieć żartem, mówić ogólnikami, ujawnić tylko bezpieczny fragment stanowiska, powołać się na „kogoś, kto tak uważa”, zadawać pytania zamiast formułować twierdzenia albo dostosować język do rozmówcy.

Takie strategie bywają rozsądne. Nie każda rozmowa wymaga pełnej deklaracji, a odmowa uczestniczenia w jałowej awanturze nie jest dowodem zniewolenia. Autocenzura staje się problemem publicznym wtedy, gdy koszt wypowiedzi jest rozłożony tak nierówno, że część poglądów systematycznie znika z widocznej debaty.

Znaczenie ma również rodzaj ryzyka. W państwie autorytarnym może chodzić o utratę wolności, pracy lub bezpieczeństwa. W demokratycznym społeczeństwie sankcje są zwykle słabsze i rozproszone, ale nadal realne: utrata reputacji, relacji zawodowych, klientów czy pozycji w środowisku. Nie należy tych sytuacji zrównywać. Mechanizm kalkulowania kosztu wypowiedzi może być podobny, lecz ciężar konsekwencji jest nieporównywalny.

Milczenie zależy też od pewności własnego stanowiska, wiedzy, zainteresowania tematem i osobowości. Człowiek, który ma silne przekonanie i potrafi je uzasadnić, może mówić mimo nieprzychylnego otoczenia. Inny zamilknie nie ze strachu, lecz dlatego, że nie czuje się dostatecznie kompetentny. Nie każda niewypowiedziana opinia jest ofiarą spirali milczenia.

Fałszowanie preferencji: gdy publiczna deklaracja odrywa się od prywatnej

Ekonomista i politolog Timur Kuran opisał zjawisko pokrewne jako fałszowanie preferencji. Człowiek publicznie deklaruje stanowisko inne niż prywatne, ponieważ prawdziwa odpowiedź pociągałaby za sobą zbyt wysoki koszt. Może chodzić o politykę, obyczaje, sposób działania instytucji albo ocenę przełożonych. Im więcej osób ukrywa niezadowolenie, tym bardziej stabilny wydaje się obowiązujący porządek.

Kuran wykorzystał tę koncepcję do wyjaśnienia zaskoczenia, jakie wywołały przemiany w Europie Wschodniej w 1989 roku. Ludzie nieujawniający sprzeciwu tworzyli obraz systemu znacznie silniejszego, niż był w rzeczywistości. Mylili obserwatorów, władze, a nawet siebie nawzajem co do szans masowego protestu. Gdy pojawiła się wystarczająco liczna i widoczna grupa gotowa wystąpić publicznie, koszt dołączenia zaczął spadać. To, co przez lata wyglądało na stabilność, mogło przejść w lawinową zmianę.

Nie znaczy to, że każda nagła mobilizacja ujawnia „prawdziwą większość”. Do protestu również dołączają ludzie kierujący się konformizmem, interesem lub oceną tego, kto zwycięży. Ważniejsza jest inna lekcja: publiczna cisza utrudnia przewidywanie momentu zmiany, ponieważ ukrywa rozkład prywatnych progów odwagi. Jedna osoba wypowie się przy pięciu sprzymierzeńcach, inna dopiero przy pięciu tysiącach. Pierwsze widoczne odstępstwa mogą uruchomić kolejne.

Internet nie zlikwidował kosztu wypowiedzi

Początkowo można było oczekiwać, że internet osłabi spiralę milczenia. Łatwiejszy dostęp do ludzi o podobnych poglądach, możliwość używania pseudonimu i brak fizycznej obecności rozmówcy powinny obniżać lęk przed izolacją. Częściowo rzeczywiście tak się dzieje. Osoby samotne w lokalnym środowisku mogą odnaleźć wspólnotę, a pogląd niewidoczny w mediach głównego nurtu może zdobyć własny kanał dystrybucji.

Jednocześnie media społecznościowe stworzyły nowe koszty. Wypowiedź może pozostać dostępna przez lata, zostać wyrwana z kontekstu i trafić równocześnie do rodziny, współpracowników, klientów oraz obcych ludzi. Użytkownik widzi liczbę reakcji, udostępnień i komentarzy, a więc otrzymuje nieustanny strumień sygnałów o popularności. Cyfrowa rozmowa bywa mniej bezpieczna nie dlatego, że sankcja jest pewna, lecz dlatego, że trudno przewidzieć jej zasięg i czas trwania.

Badanie Pew Research Center z 2014 roku dotyczyło dyskusji o ujawnionych przez Edwarda Snowdena programach nadzoru amerykańskiej Agencji Bezpieczeństwa Narodowego. 86 procent badanych deklarowało gotowość do rozmowy na ten temat przynajmniej w jednym bezpośrednim otoczeniu, a jedynie 42 procent użytkowników Facebooka i Twittera było gotowych publikować o nim na tych platformach. Spośród osób niechętnych rozmowie twarzą w twarz zaledwie 0,3 procent deklarowało gotowość do dyskusji w mediach społecznościowych.

Gotowość do wypowiedzi rosła, gdy badani sądzili, że ich otoczenie podziela ich opinię. W miejscu pracy osoby przekonane o zgodności ze współpracownikami niemal trzykrotnie częściej deklarowały udział w rozmowie. Autorzy ostrożnie zaznaczyli, że badanie dotyczyło jednego tematu i nie dowodziło związku przyczynowego. Wynik podważał jednak prostą nadzieję, że platformy społecznościowe automatycznie staną się schronieniem dla poglądów niewypowiadanych poza internetem.

Jedna osoba może żyć w kilku klimatach opinii

Klasyczna wizja opinii publicznej łatwo sugeruje istnienie jednej, ogólnospołecznej większości. W rzeczywistości człowiek funkcjonuje równocześnie w rodzinie, miejscu pracy, grupie znajomych, wspólnocie lokalnej i kilku środowiskach internetowych. Pogląd dominujący w jednym kręgu może być marginalny w drugim.

Dlatego ta sama osoba swobodnie wypowiada się na zamkniętym forum, lecz milczy przy rodzinnym stole. Może też otwarcie mówić w pracy, a unikać deklaracji na publicznym profilu, gdzie spotykają się różne części jej życia. Nie zawsze chodzi o tchórzostwo. Każde środowisko ma własną historię konfliktów, poziom zaufania i system nieformalnych sankcji.

Internet dodatkowo zniekształca skalę. Użytkownik może obserwować setki podobnych opinii i uznać, że są one reprezentatywne dla całego społeczeństwa, choć wynikają z doboru znajomych, obserwowanych kont i mechanizmu rekomendacji. Inny widzi zmasowaną krytykę i zakłada, że jest powszechnie potępiany, choć uczestniczy w niej niewielka, wyjątkowo aktywna grupa. Widoczna większość bywa większością tylko w konkretnym otoczeniu informacyjnym.

To prowadzi do paradoksu: dwie strony tego samego sporu mogą jednocześnie uważać się za uciszaną większość. Każda widzi własne koszty wypowiedzi i przewagę przeciwnika, lecz nie dostrzega środowisk, w których role się odwracają. Spirala milczenia może działać lokalnie w wielu przeciwnych kierunkach.

Jak wytwarza się wrażenie jednomyślności

Spirala nie wymaga centralnego planu. Może powstać z wielu decyzji podejmowanych osobno. Redakcja zaprasza rozmówców, których stanowisko jest łatwe do przewidzenia. Ekspert unika ryzykownej opinii, aby zachować dostęp do mediów. Pracownik nie zgłasza zastrzeżenia, bo nie chce opóźniać projektu. Organizacja publikuje tylko korzystne wyniki konsultacji. Użytkownik nie reaguje na tekst, z którym się zgadza, ponieważ nie chce kłótni. Łączny rezultat może wyglądać jak skoordynowana jednomyślność, choć nikt nie zarządza całością.

Nie oznacza to, że świadome sterowanie klimatem opinii nie istnieje. Partie, urzędy, przedsiębiorstwa i grupy nacisku mogą próbować przedstawiać własne stanowisko jako nieuniknione, nowoczesne, eksperckie albo już powszechnie zaakceptowane. Skuteczne bywa ogłoszenie sporu zakończonym: skoro „wszyscy odpowiedzialni ludzie” myślą podobnie, przeciwnik musi najpierw dowieść, że w ogóle zasługuje na udział w rozmowie.

Narzędziem nacisku jest często nie zakaz, lecz koszt tożsamościowy. Zamiast odpowiedzieć na argument, przypisuje się wypowiadającego do kategorii ludzi głupich, niebezpiecznych, zacofanych albo moralnie podejrzanych. Celem nie musi być przekonanie najbardziej zdecydowanych przeciwników. Wystarczy ostrzec mniej pewnych obserwatorów, jaka reputacyjna cena czeka za publiczne dołączenie do sporu.

Taki mechanizm może działać po każdej stronie konfliktu. Środowisko deklarujące walkę z cenzurą również potrafi karać członków za odstępstwo od własnej linii. Nie istnieje grupa z natury odporna na pokusę przedstawiania swoich przekonań jako jedynego dowodu odwagi i samodzielnego myślenia.

Najpoważniejszą konsekwencją nie jest jednak dyskomfort jednostki, lecz pogorszenie jakości informacji. Zespół, w którym nikt nie zgłasza ryzyka, podejmuje gorsze decyzje. Instytucja niepoznająca zastrzeżeń obywateli traci możliwość korekty. Debata publiczna, z której znikają niepopularne pytania, łatwiej myli moralną pewność z wiedzą. System pozbawiony bezpiecznego sprzeciwu zaczyna wierzyć we własny obraz rzeczywistości.

Teoria działa, ale słabiej niż sugeruje metafora

Spirala jest sugestywną metaforą, dlatego łatwo używać jej zbyt szeroko. Nie każda mniejszość milczy, nie każda większość mówi głośno, a ludzie często nie potrafią poprawnie ocenić klimatu opinii. Sam lęk przed izolacją nie wyjaśnia też wszystkich decyzji o wypowiedzi. Znaczenie mają wiedza, pewność poglądu, zainteresowanie polityką, temperament, status społeczny i przewidywana reakcja konkretnego rozmówcy.

Metaanaliza Jörga Matthesa, Johannesa Knolla i Christiana von Sikorskiego objęła 66 badań z udziałem ponad 27 tysięcy osób. Autorzy stwierdzili istotny związek między postrzeganym poparciem dla opinii a gotowością do jej wyrażenia, ale jego przeciętna siła była niewielka: współczynnik korelacji wyniósł r = 0,10. Zależność nie była słabsza w internecie niż poza nim. Najsilniejszy efekt, r = 0,34, pojawiał się w rozmowach z rodziną, przyjaciółmi i sąsiadami o sprawach bezpośrednio obecnych w życiu społecznym.

Wyniki nie unieważniają teorii, lecz wyznaczają jej właściwe miejsce. Klimat opinii jest jednym z czynników wpływających na wypowiedź, a nie przełącznikiem automatycznie wyłączającym głos mniejszości. W dodatku zależność może być dwukierunkowa: ludzie mówią chętniej, gdy dostrzegają poparcie, ale mogą też oceniać otoczenie jako bardziej przychylne, ponieważ sami częściej rozmawiają z osobami podobnymi do siebie.

Badania Matthesa, Kimberly Rios Morrison i Christiana Schemera wskazały ponadto na znaczenie pewności postawy. Klimat opinii wiązał się z gotowością do wypowiedzi przede wszystkim u osób o niskiej lub umiarkowanej pewności. U ludzi mocno przekonanych o słuszności własnego stanowiska takiej zależności nie stwierdzono. Klasyczna teoria przewidywała zresztą istnienie „twardego rdzenia” – osób gotowych mówić niezależnie od otoczenia.

Jak przerwać spiralę, zanim cisza zostanie uznana za zgodę

Pierwszym warunkiem jest oddzielenie pomiaru opinii od publicznego wystąpienia. Anonimowa ankieta przeprowadzona przed dyskusją może ujawnić zastrzeżenia, których uczestnicy nie zgłoszą po poznaniu stanowiska przełożonego lub większości. Tajność głosowania ma znaczenie właśnie dlatego, że ogranicza społeczną cenę szczerego wyboru.

Drugim jest zmiana kolejności rozmowy. Osoba o najwyższym statusie powinna przedstawiać własną ocenę po wysłuchaniu pozostałych. W przeciwnym razie pytanie „co o tym sądzicie?” może zostać odebrane jako prośba o potwierdzenie. Warto również zbierać argumenty osobno, zanim grupa zacznie je oceniać.

Trzecim jest aktywne dopuszczenie głosu odrębnego. Nie wystarczy powiedzieć, że „każdy może się wypowiedzieć”, jeśli historia grupy pokazuje, że sprzeciw pociąga za sobą kpinę lub karę. Potrzebna jest widoczna reakcja na pierwszy głos: potraktowanie go jako informacji, a nie nielojalności. Jedna osoba nie musi mieć racji, aby jej wypowiedź poprawiła warunki myślenia całego zespołu.

Czwartym jest precyzyjne opisywanie konsensusu. Zamiast mówić „wszyscy się zgadzają”, należy wskazać, ilu ludzi odpowiedziało, ilu nie miało zdania i jak sformułowano pytanie. Brak publicznego protestu nie powinien zastępować badania opinii. W mediach podobną funkcję pełni wyraźne oddzielenie dominacji stanowiska wśród zaproszonych komentatorów od jego rzeczywistego poparcia społecznego.

Nie chodzi o stworzenie świata bez społecznych ocen. Wspólnota ma prawo ustanawiać normy, a wolność wypowiedzi nie oznacza prawa do uwolnienia od każdej krytyki. Problem zaczyna się wtedy, gdy kara społeczna zastępuje odpowiedź merytoryczną, a zgodność staje się ważniejsza niż zdolność rozpoznania błędu.

Najgłośniejsza opinia nie zawsze jest opinią większości

Spirala milczenia pokazuje, że opinia publiczna nie jest przezroczystym odbiciem prywatnych przekonań. Jest również rezultatem nierównej odwagi, różnego ryzyka i odmiennego dostępu do miejsc, w których można mówić. To, co społeczeństwo słyszy, zależy nie tylko od liczby zwolenników poszczególnych stanowisk, lecz także od tego, kto uważa wypowiedź za bezpieczną.

Nie należy z tego wyciągać wygodnego wniosku, że każdy pogląd marginalny jest potajemnie większościowy. To częsta pułapka. Człowiek może uważać się za przedstawiciela „milczącej większości”, choć nie posiada na to żadnych dowodów. Teoria spirali milczenia nie daje prawa do dopisywania milczącym własnych przekonań. Uczy raczej, aby nie traktować widoczności jako prostego pomiaru poparcia.

Dojrzała debata nie wymaga, aby wszyscy mówili wszystko bez względu na czas, miejsce i konsekwencje. Wymaga natomiast warunków, w których można zakwestionować dominujące stanowisko bez automatycznego wykluczenia z rozmowy. Dopiero wtedy cisza przestaje być wymuszonym sygnałem, a zgoda zaczyna coś znaczyć.

Najgroźniejsza nie jest sytuacja, w której ludzie różnią się poglądami. Groźniejsza jest ta, w której każdy patrzy na milczenie innych, bierze je za zgodę i dokłada do niego własne milczenie.

Źródła i materiały pomocnicze

Dodaj komentarz

Sprawdź również:

Preferencje plików cookies

Inne

Inne pliki cookie to te, które są analizowane i nie zostały jeszcze przypisane do żadnej z kategorii.

Niezbędne

Niezbędne
Niezbędne pliki cookie są absolutnie niezbędne do prawidłowego funkcjonowania strony. Te pliki cookie zapewniają działanie podstawowych funkcji i zabezpieczeń witryny. Anonimowo.

Reklamowe

Reklamowe pliki cookie są stosowane, by wyświetlać użytkownikom odpowiednie reklamy i kampanie marketingowe. Te pliki śledzą użytkowników na stronach i zbierają informacje w celu dostarczania dostosowanych reklam.

Analityczne

Analityczne pliki cookie są stosowane, by zrozumieć, w jaki sposób odwiedzający wchodzą w interakcję ze stroną internetową. Te pliki pomagają zbierać informacje o wskaźnikach dot. liczby odwiedzających, współczynniku odrzuceń, źródle ruchu itp.

Funkcjonalne

Funkcjonalne pliki cookie wspierają niektóre funkcje tj. udostępnianie zawartości strony w mediach społecznościowych, zbieranie informacji zwrotnych i inne funkcjonalności podmiotów trzecich.

Wydajnościowe

Wydajnościowe pliki cookie pomagają zrozumieć i analizować kluczowe wskaźniki wydajności strony, co pomaga zapewnić lepsze wrażenia dla użytkowników.